Klnąc przez zaciśnięte zęby, Street zrezygnował z zachowania czujności i posłużył się ciężkim butem jak taranem. Górne zawiasy odpadły z futryny, zamek ustąpił, drzwi zakołysały się chwiejnie i stanęły otworem. Zastarzały odór śmierci rozniósł się po rozgrzanym dziedzińcu. Street rozejrzał się po pokoju znad lufy pistoletu. Nie spostrzegł nikogo. Dusząc się odorem podszedł do stołu i odchylił róg płótna. Stado much poderwało się do lotu.

Sądząc po stanie ciała, Abe Windsor nie żył już od jakiegoś czasu. Wziąwszy pod uwagę upał i wilgoć, jakie zwykle panują w październiku, kiedy zbliża się pora deszczowa, Street domyślił się, że stary zmarł co najmniej trzy dni temu, może trochę wcześniej. Nie było jednak wątpliwości, że pod tym płótnem leży Abe Windsor. Gruba blizna na lewym nadgarstku lepiej oparła się niszczycielskim procesom niż miękkie ciało wokół niej.

Street odwrócił się z okrzykiem obrzydzenia i rozejrzał się.

Wątpił, czy pasażerowie helikoptera zostawili po sobie cokolwiek oprócz much. Z drugiej strony było możliwe, że zaskoczył ich, zanim skończyli przeszukiwać farmę. Krzywiąc się dotknął zwłok, odsunął brudny podkoszulek i zaczął szukać welwetowego woreczka, który zwykle wisiał na szyi Abe'a. Woreczek zniknął. Street zerknął na półkę z surowego drewna nad bujanym fotelem Windsora. Starego blaszanego pudełka również nie było.

– Ty stuknięty staruchu, poszedłeś sobie na ostatni spacer po buszu, co? – wymamrotał. – Jak zwykle zabrałeś ze sobą to pudełko, co? Może twój sekret umarł razem z tobą? I kto jeszcze, do cholery, cię obserwował?

Odpowiedział mu tylko ohydny grymas śmierci. Przez chwilę Street miał wrażenie, że starzec jeszcze żyje i nadal się z niego naśmiewa.

– Od początku wiedziałeś, o co mi chodzi, prawda? Chryste, uwielbiałeś się ze mną drażnić! Do diabła z tobą, stary. Ty umarłeś, a ja żyję.



3 из 351