— Wolę stać.

— Twoja matka siedziała kiedyś u moich stóp.

— Nie jestem swoją matką.

— Nienawidzisz nas troszeczkę, co? — Spojrzawszy w stronę drzwi zawołała: — Jessika!

W rozwartych drzwiach stanęła Jessika obrzucając pokój surowym spojrzeniem. Złagodniała na widok Paula. Zdobyła się na słaby uśmiech.

— Jessiko, czy ty kiedykolwiek przestałaś mnie nienawidzić? — zapytała stara kobieta.

Kocham cię i nienawidzę zarazem — powiedziała Jessika. — Nienawidzę za cierpienia, których nigdy nie zapomnę. Kocham za…

— Wystarczy goły fakt — powiedziała stara cieplejszym głosem — Możesz już wejść, tylko się nie odzywaj. Zamknij drzwi i pilnuj, by nikt nam nie przeszkadzał.

Jessika weszła do pokoju, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Mój syn żyje — pomyślała. — Mój syn żyje i jest… człowiekiem. Wiedziałam, że jest… ale on żyje. Teraz mogę żyć dalej. — Pod plecami czuła dotyk drzwi, twardy i rzeczywisty. Wszystko w tym pokoju było dotykalne i wyczuwalne zmysłami. — Mój syn żyje.

Paul spojrzał na matkę. Mówiła prawdę. Pragnął umknąć i w samotności przemyśleć to, czego doświadczył, jednak wiedział, że nie może odejść, dopóki go nie odprawią. Starucha zyskała nad nim władzę. Matka przeszła taką samą próbę. W tym wszystkim musiało kryć się jakieś straszne przeznaczenie… ból i strach są straszne. Rozumiał straszne przeznaczenia. Parły na przekór wszystkiemu. Stanowiły swoją własną konieczność. Paul uświadamiał sobie, że dostał się w tryby strasznego przeznaczenia. Jeszcze nie wiedział jakiego.

— Pewnego dnia, chłopcze — powiedziała stara — może i ty będziesz musiał tak stać za drzwiami. Nie jest to takie proste.

Paul spuścił oczy na dłoń, która poznała ból, potem podniósł je na Matkę Wielebną. W brzmieniu jej głosu było teraz coś, czego nie spotkał w żadnym ze znanych mu głosów. Słowa miały jasne kontury. Były ostre. Odnosił wrażenie, że o cokolwiek by ją zapytał, usłyszy odpowiedź, która wyniesie go ponad jego cielesną powłokę ku czemuś wyższemu.



11 из 645