
Maggie spojrzała na nią wyraźnie zaciekawiona.
– Niektórzy to mają szczęście – westchnęła. – Ty masz w ogóle szczęście. Blair Kinnane tak się niepokoił, że zmienił trasę lotu, żeby zobaczyć, co się z tobą dzieje. Inaczej już byś dawno nie żyła. No, a teraz otwórz usta – powiedziała, wkładając Cari do ust termometr.
Rozmowa tak ją zmęczyła, że oczy same jej się zamykały. Zasypiając, starała się uporządkować myśli, zastanowić się nad tym wszystkim, czego się dzisiaj dowiedziała.
Gdy znów się obudziła, zobaczyła w przyćmionym świetle Blaira, który stał w nogach jej łóżka i oglądał kartę. Przez chwilę mogła mu się dokładnie przyjrzeć, wiedząc, że nikt tego nie zauważy.
Jaki on jest naprawdę? Widać było, że traktuje pracę bardzo poważnie. Nic więcej nie umiałaby o nim powiedzieć. W każdym razie w jego rękach spoczywa teraz jej los. Intuicja mówiła jej, że można mu zaufać. Miała nadzieję, że się nie myli, w przeciwnym bowiem razie obrażenia, jakich doznała, łatwo mogłyby przyprawić ją o kalectwo. Wyobraziła sobie, co by się działo, gdyby wypadek zdarzył siew Stanach. Ojciec był profesorem chirurgii i poruszyłby niebo i ziemię, by zajęli się nią najwybitniejsi specjaliści. Nawet teraz, gdyby go tylko zawiadomiła…
Boże broń! Poruszyła się niespokojnie na samą myśl o tym, co by się od razu zaczęło dziać.
– Sprawdzam tylko kartę – odezwał się Blair. – Niech pani dalej odpoczywa.
Próbowała się uśmiechnąć. Wyglądało na to, że sen zajmuje jej dwadzieścia trzy godziny na dobę.
– Ciekawe, czy pan kiedykolwiek sypia? – spytała. Zegar przy jej łóżku wskazywał właśnie północ.
– Właśnie idę spać – wyjaśnił. – Zawsze sprawdzam przed wyjściem, jak zachowują się pacjenci. Nie ma nic gorszego niż wezwanie z powrotem do szpitala wtedy właśnie, kiedy człowiek zasypia.
– Na mnie chyba nie może się pan uskarżać…
– Na razie nie muszę się o panią niepokoić.
– Nigdy bym sobie nie darowała, gdyby miał pan przeze mnie nie spać – rzekła opryskliwie.
