
– Nie… – Cari była zmieszana i zbita z tropu.
– Dlatego, że baliśmy się, czy coś się nie stało – wyjaśnił szorstko. – Nikt tu się nigdy nie zatrzymuje. Nie ma w tej okolicy ani kropli wody, wszędzie za to są znaki zakazujące obozowania. Trudno się więc dziwić, że przypuszczaliśmy, że coś się pani stało. – Pokazał ręką na samolot. – Mamy na pokładzie chore dziecko. Pewnie jest pani bardzo z siebie zadowolona!
– Przepraszam… – szepnęła. – Nie myślałam, że…
– Można się tego było spodziewać – przerwał jej. – Osoby takie jak pani w ogóle rzadko myślą. A teraz – rzucił, patrząc na zegarek – ma pani trzy minuty na spakowanie się i żebym już tu pani nie widział!
– Ale… – zaczęła przerażona – ja przecież nie mogę dalej jechać!
– Dlaczego?
Spojrzała w stronę samolotu, jakby szukała tam ratunku. Dostrzegła jednak tylko jasną plamę twarzy pielęgniarki.
– Bo jest już ciemno – odparła, patrząc na niego i czując, jak wzbiera w niej gniew. – Mówiono mi, że niebezpiecznie jest jechać po zmroku.
– A więc dlaczego wjeżdża pani na obszar aborygenów, skoro pani wie, że nie zdąży go przejechać przed nocą?
– Nie spodziewałam się, że drogi są tak fatalne – zaczęła się tłumaczyć. – Przez jakieś dwadzieścia kilometrów stałam prawie w miejscu, tak trudno było przejechać przez piasek. Sądziłam, że o tej porze będę już w Slatey Creek.
– Ale się nie udało. – Pokiwał głową. – Tak czy owak, nie może tu pani nocować – oświadczył, wskazując na namiot.
– Ale dlaczego? – zapytała ze złością. – Nikomu przecież nie przeszkadzam. Chybabym upadła na głowę, gdybym się zdecydowała jechać dalej. Przecież aborygeni mnie stąd nie wyrzucą…
– Na pewno nie wyrzucą – potwierdził. – Plemię Kinjarrów nigdy nie było wojownicze. To ludzie cisi i łagodni, którzy zawsze usuwają się w cień, i do głowy by im nie przyszło, żeby panią stąd wyrzucić.
– No więc dlaczego mam się wynosić?
