– Będziemy musieli się tego dowiedzieć – rzekł Dolg z uśmiechem. – Teraz jednak chyba wszyscy się zgodzą, byśmy przyjęli jako pewnik, że Madragowie istnieją?

Musimy to przyjąć – westchnął Móri. – Podobnie jak to, że istnieją Lemurowie i Silinowie, których przecież widzieliśmy! Dlaczego więc mielibyśmy sądzić, że nie istnieją Madragowie?

– No właśnie. Pamiętacie chyba wszyscy, jaki wstrząśnięty był Sigilion, kiedy Uriel powiedział mu, iż Madragowie się zbuntowali i chcą pozbawić go życiodajnych roślin – przypomniała Taran. – To oczywiste, że powinniśmy próbować odnaleźć owych nieszczęśników! Zarówno Uriel, jak i ja chcemy się tam udać.

– Nie pojedziecie razem nigdzie, dopóki nie weźmiecie ślubu – oznajmiła Theresa, ale natychmiast pożałowała ostrego tonu. Kim ona jest, by stawiać takie zakazy? Ona, która urodziła nieślubne dziecko! Ale, z drugiej strony, któż lepiej od niej wie, jak łatwo ulec pokusie?

– Naturalnie, że najpierw chcielibyśmy wstąpić w związek małżeński – rzekł Uriel na swój staroświecki sposób.

– Taran jest cnotliwą kobietą, a ja szanuję ją za bardzo, bym chciał narazić jej honor na szwank.

W tym momencie Villemann uszczypnął siostrę i oboje mieli poważne kłopoty z zachowaniem odpowiednio poważnych min.

Uriel mówił dalej:

– Pragniemy tylko otrzymać błogosławieństwo rodziców Taran.

– Macie je – mruknął Móri, a Tiril przytaknęła.

– Boże drogi, Taran, więc my się ciebie pozbędziemy – dziwił się głośno Villemann. – Nigdy bym się tego nie spodziewał.

– Villemann! – upomniał go Móri surowo, ale całkiem poważny on również nie był.

– Tylko jakim sposobem dostaniemy się do Karakorum? – zastanawiał się Rafael.

Nie, myślała Taran. Nie, Rafaelu, ty tam nie pojedziesz. Ani Danielle! Nie chcę podczas tej dalekiej podróży ani Danielle, ani Villemanna, ani Dolga. Żeby, nie daj Boże, nie doszło do jakiejś tragedii. Tylko że bez Dolga sobie nie poradzimy, on musi jechać z nami.



16 из 189