
– Mmmmm – mruczała rozkosznie. – Jeszcze! 'Tak, właśnie tam! Nie, zaczekaj, napijemy się trochę winka!
– O, chętnie! – gwałtownie cofnął rękę. Gdy tylko kobieta odwróciła się do niego plecami, starał się poprawić spodnie, ale było z nim naprawdę źle.
Oczywiście, nigdy by się do niej nawet nie zbliżył, gdyby byla taka brudna jak większa część izby. Ona jednak byla wykąpana i pachnąca, naprawdę nie mógł się powstrzymać.
Kiedy w drugim końcu izby nalewała wina do pucharków, odwróciła lekko głowę i zawołała przez ramię:
– Opowiedz o tym czarnoksiężniku!
I Willum pospieszył z wyjaśnieniami. Nie powinien jej opowiedzieć wszystkiego, to jasne. Mówił tylko, że oni obaj, ojciec i syn, bardzo od lat niepokoją szlachetny zakon rycerski, że przywłaszczyli sobie należące do zakonu klejnoty…
– Klejnoty? – zaciekawiła się czarownica. – Jakie klejnoty?
Willum uznał, że powiedział za dużo. Zakon nie powinien się zajmować czerwonym i niebieskim kamieniem, a raczej koncentrować się na Świętym Słońcu.
– Nie, nic takiego. Po prostu dwa małe szlachetne kamyki. Teraz jednak czarnoksiężnik jest z rodziną w drodze do Austrii, wkrótce będą przechodzić przez granicę tutaj niedaleko. Dlatego zwracamy się do ciebie, byś się nimi zajęła…
Wróciła do niego z dwoma pucharami. Każdy inny, powyszczerbiane, ale to przecież bez znaczenia. Willum nie widział, co ona robiła w kącie izby, sądził, że nalewała wino. Po prostu.
Ponownie usiadła na łóżku, tym razem bliżej niego, i uniosła kielich. Wypili.
Kiedy nie spieszył się, by jej znowu dotykać, spojrzała na niego z gniewem w oczach.
– Co się z tobą dzieje? Wydaję ci się mało pociągająca czy co? A może ty wolisz chłopców? Albo własną mamuśkę? Willum kipiał gniewem.
– Nie masz prawa odzywać się w ten sposób do szlachcica! – warknął.
– Mam to gdzieś! Ale jak ci się nie podoba, to nie zamierzam też słuchać twoich opowieści. Możesz sobie iść! Willum wciągnął powietrze i wykrztusił:
