Taran chwyciła go za kołnierz, próbując podnieść z klęczek, i z wielką cierpliwością tłumaczyła:

– Och, Uriel, to nie jest dzwon klasztorny, to gong wzywający robotników na posiłek.

Po czym cmoknęła go w policzek, żeby nie czul się zakłopotany.

Kiedy weszli na pokład statku, który miał ich zawieźć do Antwerpii, Uriel uważnie obejrzał burty, a następnie zapytał:

– A gdzie są niewolnicy, którzy będą wiosłować? I gdzie są wiosła?

– Uriel, na Boga! – zawołała Taran. – Żyjemy teraz w cywilizowanym czasie. Teraz już nie ma na statkach galerników.

Taran go kochała, choć na początku nie było jej łatwo. Tak jak wtedy, kiedy pożyczyła sobie od ojca kilka magicznych run, żeby zaimponować, choć nie powiedziała tego głośno, Urielowi swoją czarodziejską sztuką. Nic jej się nie udało, ale Uriel był przestraszony.

– Taran, musisz być bardzo ostrożna! Tak się boję tych waszych run, naprawdę ty albo ktokolwiek z rodziny może zostać odkryty i spalony na stosie!

– Kochany Urielu, nikogo już się teraz nie pali na stosach za czary – rzekła Taran z anielską cierpliwością tak do niej niepodobną. – Nie zapominaj, że ryjemy w osiemnastym wieku! Jesteśmy wprost obrzydliwie nowocześni. Mamy łazienki z dwoma wannami, a w kuchni ogromne garnki, w których służące grzeją wodę, nosimy bury na wysokich obcasach, pudrujemy policzki, malujemy wargi, a nasze powozy są bardzo wygodne i mają oddzielne siedzenia dla stangreta… Tak, tak, wszystko to z czasem poznasz.

Uśmiechał się do niej zakłopotany.

Ale, oczywiście, kochała go! I właśnie dlatego skrywała najczęściej złośliwy uśmieszek, kiedy on zaczynał oceniać sprawy przez pryzmat swojego trzynastowiecznego doświadczenia. Za nic na świecie nie chciałaby go zranić.

Taran nie spuszczała z oczu Danielle. Niepokoiła się w imieniu swoich braci, ale przecież nie mogła tej malej, delikatnej istocie zabronić się kochać. Nikomu nie można zabronić uczuć!



36 из 189