Problem polegał tylko na tym, jak mała Danielle poradzi sobie z tymi uczuciami. Wszystko wskazywało na to, że chyba nie najlepiej.

Było oczywiste, że Villemann cierpi. W końcu Taran wściekła się na Danielle za to, że jest taka ślepa, i postanowiła przy najbliższej okazji zamienić z nią kilka poważnych słów.

Pierwsza możliwość nadarzyła się jeszcze na statku, lecz wtedy Taran nie była gotowa do rozmowy i zrezygnowała.

Teraz zbliżali się do Antwerpii, będącej ich celem. Obserwowali, jak statek mija fryzyjskie wysepki, widzieli, jak ciemne chmury zbierają się nad horyzontem, pokrywając niebo szarym ołowiem, przesłaniając słońce.

Morze natomiast stawało się coraz bardziej białe.

Uriel, Dolg i Taran stali przy relingu. Po chwili cichutko podeszła Danielle i zatrzymała się obok. Dolga. On uprzejmie zrobił jej miejsce.

– Zaczyna się sztorm – stwierdził.

– Na to wygląda – potwierdziła Taran.

Uriel, dygocząc z niepokoju, powiedział:

– Powinniśmy byli zaopatrzyć się w odpusty. Czy na pokładzie statku nie ma jakiegoś księdza?

– Na co nam odpusty? – zdziwiła się Taran.

Popatrzył na nią, zdumiony jak jego ukochana mało wie. Czy ona naprawdę nie pojmuje, jakie niebezpieczne życie prowadzi? Bardzo często Uriel się zastanawiał, czy ona wcale nie myśli o zbawieniu, skoro jest tak potwornie lekkomyślna i w ogóle nie przestrzega kościelnych nakazów.

– Musimy przecież w najważniejszych, chwilach mieć odpust za grzechy – rzekł z wyrzutem. – Sztorm na morzu, narodziny dziecka i wejście do miasta dotkniętego dżumą to są właśnie najgroźniejsze chwile.

– No, na szczęście nie będziemy potrzebować odpustu z powodu narodzin dziecka – odparła Taran cierpko. – Jeśli zaś chodzi o dżumę, to od kilkuset lat nie nawiedza już ona Europy. Natomiast sztorm… Mój przyjacielu, czyż nie wystarczy modlitwa? Zresztą sztorm jeszcze się na dobre nie rozpętał, a my już się zbliżamy do ładu Raz dwa będziemy w Antwerpii.



37 из 189