Zgodnie ze swoim zwyczajem, Ulf poszedł wprost na piętro. Zapukał do drzwi i usłyszał słowa zaproszenia.

Jego dziadek Ulvhedin siedział wyprostowany na krześle i wyglądał przez okno. Rodzice Ulfa, Jon i Branja, już nie żyli, zmarła także babcia Elisa, lecz Ulvhedin żył, miał dziewięćdziesiąt sześć lat i czuł się dobrze.

– Jak tam spławianie drewna? – zapytał teraz, bo zawsze bardzo interesował się wszystkim we dworze.

– No, jakoś nam się udała – odpowiedział Ulf, zadowolony z dobrze wykonanej pracy.

– A co to za nieszczęście?

Ulf nie zdziwił się ani trochę, że dziadek wie.

– To Edwin, syn Nilsa. Elisabet poradziła sobie naprawdę dobrze.

Ulf opowiedział dokładnie, co się stało, patem usiadł na ławie i zapalił fajkę.

– Tak, to zdolna dziewczyna – przyznał Ulvhedin.

Ulf przemilczał swoje obserwacje, nie wspomniał o nowej, łagodnej, kobiecej Elisabet. Powiedział tylko:

– Jest w niej jakaś mieszanina jakby zwyczajnej dziewczyny z tym, co było dobre w dotkniętych.

– To prawda. Tak się cieszę, że daliście jej imię na pamiątkę mojej Elisy.

Wnuk westchnął głęboko i wstał.

– W każdym razie wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że mała Shira zdołała unieszkodliwić tę przeklętą marę, która przez tyle wieków niszczyła nasz ród. Tak dobrze jest wiedzieć, że nie urodzi się już żadne nieszczęsne, dotknięte dziecko. I że po moim pokoleniu żadne takie dziecko się nie urodziło.

Ulvhedin wyglądał przez okno.

– Smocze nasienie – rzeki z wolna.

– Co dziadek ma na myśli?

Ulvhedin zwrócił ku niemu swoją straszną, lecz kochaną twarz.

– Dan, ojciec Daniela, który wiedział tak wiele opowiadał mi kiedyś o pewnym bohaterze greckiego mitu, który zabił smoka i posiał jego zęby…

– Ach, tak! I potem z ziemi wyrośli uzbrojeni wojownicy?

– No właśnie! I tak też jest z przekleństwem Ludzi Lodu. Unicestwisz je, a nowe pokolenia dotkniętych wyrosną…



12 из 182