
Usłyszała już tylko oddalające się kroki, uklękła więc przy dziecinnym łóżeczku.
Zaczęła szeptać, bardzo cicho, lecz z dojmującym bólem:
– Dobry, miłosierny Boże, pomóż nam! Pomóż mojemu synkowi, spraw, by już dłużej nie cierpiał! Ulecz go, Panie! Błagam Cię, tak jak błagałam już przez tysiąc nocy i dni! A jeśli nie można wyzwolić go od cierpień, to proszę, zabierz go do siebie! Błagam Cię o to, choć on jest moim najcenniejszym skarbem na ziemi, tylko dla niego żyję.
Chłopczyk leżał na poduszkach blady niczym duch, ale rysy jego twarzy wyraźnie złagodniały, gdyż sen trochę uśmierzył ból. Od czasu do czasu tylko spomiędzy białych warg wydobywał się cichy jęk. Powieki były niemal przezroczyste, a skóra na ładnie ukształtowanej głowie napięta. Pozycja, w jakiej leżał, zdradzała, gdzie umiejscowił się ból – chłopiec mocno odrzucił głowę w tył, aż ścięgna na szyi się naprężyły, a kark wygiął do granic wytrzymałości.
Jedenastoletni chłopczyk leżał tak już od wielu miesięcy, pragnąc choćby odrobinę złagodzić nieznośny ból głowy.
– Jolin! – szepnęła matka. – Mój drogi, mały Jolinie! Dlaczego nie mogę wziąć twoich cierpień na siebie? Dlaczego musisz znosić takie udręki, ty, najniewinniejszy ze wszystkich?
Mówiła cicho, choć chłopiec nie mógł jej słyszeć.
– Gdybyśmy tylko mieli dokąd odejść! Siedzimy tu jak w matni. Ten diabeł zabrał wszystkie nasze pieniądze, Jolinie, jak więc możemy jechać nie mając grosza przy duszy? Jak zresztą mielibyśmy się stąd wydostać, skoro nie mam nawet na czym cię przenieść? I kto by nas przyjął?
Opuściła głowę na łóżeczko syna w poczuciu całkowitej bezsilności.
Terje Jolinssnn wrócił do swych nowych lokatorów.
– To była moja bratowa i jednocześnie gospodyni – rzucił niedbale. – Jest wdową, ma chorego synka i z tego powodu dość często zachowuje się histerycznie. Poza tym to dobra kobieta. No, mam nadzieję, że spodoba się państwu tutaj…
