
Trzy tygodnie później z Jolinsborg wyniesiono trumnę. Małżonka nowego lokatora nie szła w orszaku żałobnym. Jej ciała nigdy nie odnaleziono.
Młody Eskil Lind z Ludzi Lodu poświęcił wiele miesięcy, by dotrzeć do swego upragnionego Eldafjord.
Kiedy miał dwanaście lat, o domu w Eldafjord usłyszał od wędrownego parobka.
Eskil siedział wtedy pod izbą czeladną i słuchał, słuchał z takim natężeniem, że zdawało się, iż uszy rosną mu z przejęcia. Pamiętał, że było to pewnego jesiennego wieczoru. Parobcy zebrali się przy ognisku rozpalonym ze słomy, suchych liści i wszelakiego śmiecia, jakie pozostało po ostatnich zbiorach. Większość robotników udała się już na spoczynek, w końcu przy ognisku zostało ich tylko trzech. Jeden, oszołomiony gorzałką, zasnął. Fantastycznej historii o domu w Eldafjord wysłuchał jedynie Eskil.
Parobek o osmaganej wichrem i słońcem twarzy ożywił się, widząc zainteresowanie chłopca. Wszak u jego stóp siedział sam przyszły dziedzic dworu Grastensholm.
– To niebezpieczna okolica – mówił parobek powoli, z namysłem. – Miałem wrażenie, że z każdej kępy trawy, z każdej grudy ziemi wprost biło pogaństwo. Bo widzisz, ten dom został zbudowany przez człowieka, który nazywał się Jolin. To znaczy takie nosił imię, Jolin… I ten Jolin był bogaty jak troll. No, nie chcę o nikim mówić nic złego, ale na pewno nie wszystkie pieniądze zdobył uczciwie. Powiadano, że u niego na dworze znaleźć można było srebrne kielichy i inne kościelne srebra, a skąd mogły się tam wziąć? Ich miejsce było przecież w kościele!
Parobek dołożył kilka gałązek do ognia, do ust wcisnął nową porcję tytoniu.
– Ale, jak młody panicz wie, nikt nie żyje wiecznie i nawet pieniądze nie odwrócą kolei rzeczy. Każdy musi umrzeć i niech mi panicz wierzy, pan Jolin ogromnie nad tym faktem ubolewał. Ale postanowił, że nikomu nie odda swego złota ani innych dóbr, o, nie, i zakopał wszystko…
– Zakopał w ziemi dwór?
