
Eskil nic o tym nie wiedział; polityka obchodziła go tyle co zeszłoroczny śnieg. Chciał po prostu rozmawiać z ludźmi, dyskutować, bawiło go bowiem formułowanie oryginalnych opinii i swobodne wygłaszanie błyskotliwych uwag.
Na ogół wszystko kończyło się dobrze, ludzie napotykani w gospodach czy też przydrożnych rowach brali go za tego, kim był w rzeczywistości – młodzieniaszka, który ma zielono w głowie i żadnego pojęcia o sytuacji zaistniałej w kraju.
Wreszcie jednak przyszła kryska na Matyska…
Stało się to w dość sporej wiosce na zachodnim wybrzeżu, tak dużej, że na dobrą sprawę można by nazwać ją miasteczkiem. Szpiedzy Karla Johana od dawna już budzili w tych okolicach powszechną irytację, przybywało ich tutaj stanowczo zbyt wielu. I najwyraźniej zawitał kolejny! Tym razem miarka się przebrała. Doprawdy, czy ludzie nie mogą myśleć sobie tego, co chcą? Czy Jego Wysokość musi wtrącać się we wszystko? Jasne, chciał wiedzieć, kto trzyma jego stronę, a kto występuje przeciw niemu. To mogło być niebezpieczne! A teraz wysłał bystrookiego młodzieniaszka, któremu jeszcze mleko pod nosem nie wyschło!
Wieść tę podawano sobie z ust do ust. Skończyło się na tym, że nic nie rozumiejącego Eskila osadzono w areszcie. Oskarżono go o włóczęgostwo – niczego innego nie zdołano wymyślić.
Siedział więc w zamknięciu. Czepiając się krat wykrzykiwał swą niewinność, ale nikt go nie słuchał. Nie wiedział nawet, z jakiego powodu został aresztowany, nikt bowiem otwarcie nie chciał przyznać, że podejrzewa się go o szpiegostwo. No bo cóż powiedziałby na to król?
Eskil pisał listy do domu, listy, których jego strażnik nigdy nie wysyłał, bo darł je na strzępki, gdy tylko wyszedł poza areszt. W końcu chłopak zrezygnował, poddał się. Był przekonany, że przyjdzie mu siedzieć w tej ciasnej, cuchnącej norze do końca swych dni.
