
– Statiliusie! – krzyknął Roscjusz, który właśnie zszedł ze sceny. Jego twarz była prawie tak samo groteskowo wykrzywiona, jak maska Eukliona, którą cisnął z furią na ziemię. – Co ty sobie myślisz? Nie ma żadnego stania po kątach i mamrotania pod nosem! Skoro ja gram Eukliona, to ty musisz grać siostrzeńca! – Potarł zmrużone oczy, po czym pacnął się otwartą dłonią w czoło. – Ale nie, to niemożliwe… Megadorus i siostrzeniec muszą być na scenie w tym samym czasie. Co za katastrofa! Jowiszu, dlaczego to spada na mnie?
Aktorzy kręcili się jak miniaturowy rój podrażnionych pszczół. Garderobiani nie wiedzieli, co począć, i stali niepewnie, równie użyteczni jak manekiny. W trupie Kwintusa Roscjusza niepodzielnie królował chaos. Spojrzałem na białą twarz Panurgusa, którego to wszystko już nic nie obchodziło. Wszyscy ludzie w śmierci są tacy sami, obywatel czy niewolnik, Rzymianin czy Grek, geniusz czy nieudacznik.
Sztuka wreszcie dobiegła końca. Stary kawaler Megadorus uniknął małżeńskich kajdan, skąpiec Euklion stracił i odzyskał swój garnek złota, uczciwy niewolnik, który mu go zwrócił, został wyzwolony, swarliwi kucharze opłaceni przez Megadorusa i odesłani, skąd przybyli, młodzi kochankowie zaś szczęśliwie poślubieni. Jak to się udało w tych okolicznościach, nie miałem pojęcia. Jakimś teatralnym cudem wszystko poszło bez najmniejszego potknięcia. Aktorzy wyszli razem na scenę przy ogłuszającym aplauzie widowni i wrócili za kulisy, natychmiast zmieniając rozradowane miny odpowiednio do ponurej rzeczywistości po tej stronie sceny, boleśnie świadomi śmierci swego kolegi.
