
– Mało kto nie ma wroga – odparłem, nie mogąc się powstrzymać od rzucenia okiem ku Statiliusowi, który natychmiast odwrócił wzrok.
Wśród stłoczonych aktorów i pomocników zapanowało jakieś poruszenie. Rozstąpili się, robiąc przejście wysokiemu, chudemu jak szkielet mężczyźnie z grzywą rudych włosów.
– Cherea! Gdzieś ty był? – burknął gniewnie Roscjusz.
Przybyły spojrzał z góry najpierw na trupa, potem na szefa trupy.
– Jadę z mojej willi w Fidenach – odparł takim samym tonem. – Oś mi się złamała w rydwanie. Spóźniłem się nie tylko na przedstawienie, jak widzę.
– To Gajusz Fanniusz Cherea – szepnął mi do ucha Statilius. – Pierwszy właściciel Panurgusa. Kiedy stwierdził, że niewolnik wykazuje zdolności aktorskie, przekazał go Roscjuszowi na naukę na zasadach współwłasności.
– Nie wyglądają na zaprzyjaźnionych – odszepnąłem.
– Ciągle się spierają, jak obliczać dochody z występów Panurgusa.
– Więc to tak, Kwintusie Roscjuszu, dbasz o naszą wspólna własność? – rzucił Cherea, jeszcze bardziej zadzierając swój długi nos. – Kiepski z ciebie zarządca, można powiedzieć. Niewolnik nie jest teraz nic wart. Przyślę ci rachunek za mój udział.
– Co takiego? Winisz za to mnie? – Roscjusz jeszcze bardziej zmrużył oczy.
– Był pod twoją pieczą, a teraz nie żyje. Ach, komedianci! Kompletnie nieodpowiedzialni. – Cherea przeciągnął dłonią przez bujną czuprynę i wzruszył wyniośle ramionami. – Oczekuj jutro mojego rachunku – dodał i odszedł ku czekającemu w alejce swemu orszakowi. – Inaczej spotkamy się w sądzie – rzucił jeszcze przez ramię.
– Coś podobnego! – Roscjusz nie posiadał się ze złości. – Hej, ty! To dla ciebie robota! – Wskazał na mnie kościstym palcem. – Dowiedz się, kto to zrobił i dlaczego. Jeśli to jakiś niewolnik albo biedak, każę go rozerwać końmi. Jeśli zaś ktoś bogaty, wytoczę mu taki proces za zniszczenie mojej własności, że się nie pozbiera. Prędzej pójdę do Hadesu, niż dam Cherei satysfakcję i pozwolę mu mówić, że to ja tu zawiniłem!
