
Przyjąłem zlecenie z poważnym skinieniem głowy, starając się nie uśmiechać. Niemal namacalnie czułem, jak na głowę pada mi deszcz srebra. Potem kątem oka uchwyciłem wykrzywioną śmiertelnym grymasem twarz Panurgusa i dotarła do mnie w pełni powaga mojego zadania. W Rzymie rzadko kiedy szuka się sprawiedliwości za śmierć niewolnika. Poprzysiągłem sobie, że znajdę zabójcę nie dla Roscjusza i jego denarów, ale aby uczcić cień artysty tak okrutnie zabitego w kwiecie wieku i możliwości.
– Dobrze więc, Roscjuszu – powiedziałem. – Muszę zadać kilka pytań. Dopilnuj, żeby nikt z zespołu nie odszedł, zanim skończę. Najpierw chciałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy. Może kubek wina dobrze by nam obu zrobił?
Późnym popołudniem tego dnia siedziałem na ławce w cieniu drzewa oliwnego w cichej uliczce nieopodal świątyni Jowisza. Eko zajął miejsce przy mnie, posępnie wpatrzony w grę światła i cienia na bruku.
– No i co, Ekonie? – spytałem. – Co o tym myślisz? Dowiedzieliśmy się czegokolwiek przydatnego?
Pokręcił ponuro głową.
– Jesteś za szybki w ocenie! – Zaśmiałem się. – Pomyśl: po raz ostatni widzieliśmy Panurgusa żywego w scenie ze Statiliusem pod koniec pierwszego aktu. Potem obaj wyszli, zagrały flety, a po chwili pojawili się dwaj kucharze. Wkrótce usłyszeliśmy krzyk. To musiał być Panurgus, pchnięty nożem przez mordercę. Wywołało to zamieszanie za kulisami. Roscjusz sprawdził, co się dzieje, i znalazł trupa w toalecie. Wieść się szybko rozniosła wśród aktorów. Roscjusz założył maskę zabitego i żółtą szatę podobną do tej, którą nosił Panurgus, teraz zakrwawioną, i pognał na scenę, aby nie przerywać sztuki. Tymczasem Statilius przebrał się w kostium kucharza, żeby móc zeskoczyć na widownię i poprosić mnie o pomoc. Stąd wiemy przynajmniej tyle: aktorzy grający kucharzy są niewinni, podobnie jak muzykanci, ponieważ w chwili morderstwa wszyscy byli w akcji.
