
Dla Ekona ten czas okazał się nieskończonym pasmem fascynujących odkryć. Pierwszy raz w życiu zobaczył wyścig rydwanów w Circus Maximus, walki zapaśników i bokserów na miejskich placach; zjadł też pierwszy w swoim życiu cielęcy móżdżek z migdałową kiełbaską z ulicznego straganu. Wyścigi ogromnie go podekscytowały, głównie ze względu na konie; był oczarowany ich pięknem. Pięściarze za to szybko go znudzili, widział bowiem w swym życiu już niejedną uliczną bójkę. Kiełbaska zaś wyraźnie mu nie posłużyła, choć niewykluczone, że wina leżała po stronie zielonych jabłek smażonych z korzennymi przyprawami, na które skusił się tuż po niej.
Minęły już cztery miesiące od chwili, kiedy uratowałem Ekona z rąk zgrai chłopaków ścigających go z kijami i okrutnymi szyderstwami na ustach po zakamarkach Subury. Niewiele jeszcze wtedy o nim wiedziałem; poznałem go tylko przelotnie tamtej wiosny, kiedy prowadziłem śledztwo dla Cycerona. Owdowiała matka zdecydowała się, najwyraźniej w akcie desperacji, porzucić małego Ekona, pozostawiając go własnemu losowi. Czyż mogłem nie zabrać go do siebie?
Od razu uderzyła mnie w nim jego niezwykła, jak na dziesięcioletniego chłopca, mądrość. Wiedziałem, w jakim jest wieku, ponieważ zapytany o to, pokazywał dziesięć palców. Nie był niemową od urodzenia, lecz został nim w wyniku przebytej choroby – tej samej, która wcześniej zabrała jego ojca. Eko miał bardzo dobry słuch, potrafił też liczyć, ale jego język pozostawał bezużyteczny. Początkowo jego niezdolność mówienia stanowiła dla nas obu olbrzymią przeszkodę. Eko jest na pewno zdolnym mimem, jednak gestami nie da się przekazać wszystkiego. Ktoś nauczył go alfabetu, ale chłopiec umiał czytać i pisać tylko najprostsze słowa. Zacząłem sam go uczyć, lecz jego niemota znacznie ograniczała postępy w nauce.
