
– Gordianusie!
Odwróciłem się i ujrzałem górującą nad nami wysoką i chudą sylwetkę.
– Statiliusie, miło cię widzieć! – przywitałem go.
– Ciebie też. Ale kogóż to masz ze sobą? – Statilius wyciągnął dłoń i poczochrał kasztanową czuprynę Ekona.
– To jest Eko – przedstawiłem chłopca.
– Dawno nie widziany siostrzeniec?
– Niezupełnie.
– Ach, a zatem… błąd młodości? – Statilius uniósł brwi.
– Również nie. – Poczułem, że się rumienię, ale jednocześnie przemknęło mi przez głowę pytanie, jak czułbym się, mogąc odpowiedzieć: „Tak, to mój syn”.
Nie pierwszy już raz zastanawiałem się nad możliwością prawnej adopcji Ekona… i szybko odepchnąłem od siebie tę myśl. Ktoś taki jak ja, kto często ryzykuje życie, nie ma co marzyć o ojcostwie; tak sobie w każdym razie powtarzałem. Gdybym rzeczywiście pragnął synów, ożeniłbym się z odpowiednią kobietą… Rzymianką… i dziś miałbym już ich całą gromadkę. Zmieniłem temat.
– Statiliusie, gdzie twoja maska i strój? Dlaczego nie jesteś za kulisami, szykując się do występu?
Znałem go od dzieciństwa. Statilius został aktorem jako młodzieniec; przystał do jakiejś trupy, potem do innej, starając się uczyć rzemiosła aktorskiego od znanych komediantów. Przed rokiem przyjął go pod swoje skrzydła Wielki Roscjusz.
