
– Och, mam jeszcze sporo czasu.
– A jak tam życie w zespole największego aktora Rzymu?
– Cudownie, ma się rozumieć.
Zmarszczyłem brwi, słysząc w jego głosie nutę fałszywego entuzjazmu. Nie uszło to uwagi mojego rozmówcy.
– Ach, Gordianusie, ty zawsze potrafisz przejrzeć mnie na wylot! No, dobra. Wcale nie cudownie, wręcz okropnie! Istny potwór z tego Roscjusza. Genialny, to prawda, ale potwór. Gdybym był niewolnikiem, nie zobaczyłbyś mojej skóry pod siniakami; smaga mnie za to językiem jak najlepszy nadzorca biczem. Nie popuści ani trochę i nigdy nie jest zadowolony. Sprawia, że człowiek się czuje jak byle robak. Gorzej nie jest chyba nawet na galerach ani w kopalniach. Czy to moja wina, że jestem już za stary, by grać heroiny, a jeszcze nie nabrałem odpowiedniego głosu do ról starych skąpców czy żołnierzy-samochwałów? Kto wie, może Roscjusz ma rację? Jestem do niczego. Beztalencie! Przynoszę tylko wstyd zespołowi.
– Aktorzy są wszyscy tacy sami – szepnąłem do Ekona. – Trzeba ich bardziej dopieszczać niż niemowlaki. – Odwróciłem się do Statiliusa i głośno zaprotestowałem: – Opowiadasz bzdury! Widziałem cię wiosną, podczas święta Wielkiej Matki, kiedy Roscjusz wystawiał Braci. Byłeś wspaniały w roli bliźniaków!
– Naprawdę tak myślisz?
– Klnę się na co chcesz. Tak się śmiałem, że omal nie spadłem z ławki.
Aktor trochę się rozchmurzył, ale zaraz znów zmarszczył czoło.
– Szkoda, że Roscjusz ma inne zdanie. Miałem dzisiaj zagrać Eukliona, starego skąpca…
– Ach, więc wystawiacie Garnek złota?
– Tak.
– To jedna z moich ulubionych sztuk, Ekonie. Może nawet najlepsza ze wszystkich komedii Plauta. Prostacka, ale dobra…
– Miałem grać Eukliona – powtórzył Statilius nieco ostrzejszym tonem, kierując rozmowę na właściwy tor, czyli na siebie. – Aż tu nagle rano Roscjusz wpada w szał i krzyczy, że zepsułem całą rolę i że on nie mógłby znieść wstydu, jakiego bym mu narobił przed całym Rzymem. Mam więc grać Megadorusa, sąsiada Eukliona.
