
– To też dobra rola – zauważyłem, starając się przypomnieć sobie tę postać.
Statilius tylko prychnął pogardliwie i ciągnął tym samym tonem:
– A komu dostał się Euklion? Temu pasożytowi Panurgusowi! Zwykłemu niewolnikowi, który nie lepiej czuje komedię niż ślimak… – Urwał nagle i znieruchomiał. – Och, nie! Tylko nie to!
Obejrzałem się przez ramię w ślad za jego spojrzeniem. Porządkowy prowadził właśnie do przednich rzędów przysadzistego brodacza, za którym podążał olbrzymi blondyn z nosem przekreślonym wielgachną blizną. Wiedziałem, że to jego ochroniarz; dobrze znam ten typ wynajętego zbira z Subury. Porządkowy pokazał im nasz rząd; przybyli zajęli miejsca tuż obok Ekona. Statilius zgiął się nisko, chowając się za mną, i szepnął mi do ucha:
– Jak bym mało miał zmartwień! To ten wredny lichwiarz Flawiusz i jeden z jego płatnych zbójów. Jedyny człowiek w Rzymie zasługujący na miano jeszcze większego potwora od Roscjusza!
– A ile właściwie jesteś winien temu Flawiuszowi?
Nie dokończyłem jeszcze pytania, kiedy nagle czyjś gromki ryk zza kulis zagłuszył płynącą z orchestry kakofonię dźwięków.
– Ach, ty tumanie! Teraz mi mówisz, że zapomniałeś roli?
– To Roscjusz – szepnął Statilius. – Wydziera się na Panurgusa, mam nadzieję. Straszny z niego choleryk.
Środkowe drzwi na scenie otworzyły się gwałtownie i ukazał się w nich niski, krępy mężczyzna ubrany już w kostium: wspaniałą białą pelerynę z miękkiej tkaniny. Jego grubo ciosana twarz, teraz wykrzywiona w gniewnym grymasie, rzeczywiście mogła przepełniać trwogą serca podwładnych; a przecież był to człowiek powszechnie uznawany za najzabawniejszego w mieście. Jego legendarnie przymrużone oczy ledwie było widać spod powiek, ale gdy spojrzał w naszą stronę, poczułem się tak, jakby sztylet świsnął mi koło ucha i wbił się w pierś Statiliusa.
