
— Szczerze mówiąc, tak — przyznałem.
— No i jak? Chciałby pan to zrobić czy nie?
— Szczerze mówiąc, nie — powiedziałem.
— Ma pan zdrową, mocną naturę — zauważył z aprobatą Amad. — Niech pan nie daje. Nigdy nikomu nie daje napiwków. Można dostać w mordę, zwłaszcza od dziewcząt. Ale za to niech się pan nigdy nie targuje. Też można oberwać. Zresztą to bez znaczenia. Skąd mogę wiedzieć, może lubi pan dostawać po gębie, jak ten Jonatan Craise na przykład… Wszystkiego dobrego, Iwanie. Niech pan się bawi. I niech pan zajrzy do Łasucha. Każdego wieczoru po siódmej. A przede wszystkim niech pan o niczym nie myśli.
Pomachał mi ręką i wyszedł. Usiadłem, wziąłem spotniałą szklankę z koktajlem i otworzyłem przewodnik.
2
Przewodnik był wydrukowany na papierze kredowym ze złoconym brzegiem. Oprócz pięknych zdjęć zawierał również ciekawe informacje. W mieście mieszkało pięćdziesiąt tysięcy ludzi, półtora tysiąca kotów, dwadzieścia tysięcy gołębi i dwa tysiące psów (w tym siedemset medalistów). Było tu piętnaście tysięcy samochodów osobowych, pięćset helikopterów, tysiąc taksówek (z kierowcami i bez), dziewięćset automatycznych śmieciarzy, czterysta stałych barów i kawiarni, jedenaście restauracji, cztery hotele klasy międzynarodowej i kurort obsługujący co roku do stu tysięcy ludzi. Było tu też sześćdziesiąt tysięcy telewizorów, pięćdziesiąt kin, osiem parków, dwa salony dobrego nastroju, szesnaście salonów piękności, czterdzieści bibliotek i sto osiemdziesiąt automatów fryzjerskich. Osiemdziesiąt procent dorosłej ludności pracowało w sektorze usług, pozostali — w dwóch prywatnych cukierniczych syntez-kombinatach i jednej państwowej remontowni statków.
W mieście było sześć szkół i jeden uniwersytet, znajdujący się w starodawnym zamku rycerza krzyżowego Ulricha de Kazy.
