W łazience pachniało sosną i migotały bakteriobójcze lampy. Rozebrałem się, wrzuciłem bieliznę do utylizatora i wszedłem pod prysznic. Potem niespiesznie ubrałem się przed lustrem, uczesałem i zacząłem golić. Na półce stały rzędy flakoników, pudełka z higienicznymi przyssawkami i sterylizatorami, tubki z pastami i mazidłami. A na brzegu leżała górka płaskich pudełek z kolorową etykietką „Devon”. Wyłączyłem golarkę i wziąłem jedno opakowanie. W lustrze migotała bakteriobójcza rurka. Dokładnie tak samo migotała wtedy i ja dokładnie tak samo stałem przed lustrem i starannie oglądałem identyczne opakowanie, bo nie chciałem wychodzić do sypialni, gdzie Rafka Rejman głośno kłócił się o coś z lekarzem, a w wannie jeszcze kołysała się zielona oleista woda, nad nią unosiła się para i ryczało radio powieszone na porcelanowym haczyku na ręczniki, wyło, huczało i charczało, dopóki Rafka nie wyłączył go rozdrażniony… To było w Wiedniu i tam, tak samo jak tutaj, dziwne wrażenie sprawiał leżący w łazience devon, popularne panaceum odstraszające komary, moskity, meszki i innych krwiopijców, o których dawno temu zapomniano i w Wiedniu, i tutaj, w nadmorskim kurorcie… tylko w Wiedniu był jeszcze strach.

Pudełko, które trzymałem w ręku, było prawie puste, została tylko jedna tabletka. Pozostałe opakowania nie były otwarte. Skończyłem golenie i wróciłem do sypialni. Znowu poczułem pragnienie zadzwonienia do Rimeiera, ale wtedy dom ożył. Z lekkim świstem zwinęły się rolety, szyby okienne wśliznęły się w szczeliny i do sypialni wpadło ciepłe, przesycone zapachem jabłek powietrze. Ktoś gdzieś coś mówił, nad moją głową rozległy się lekkie kroki i surowy kobiecy głos powiedział: „Wuzi! Zjedz chociaż pierożka, słyszysz?…”. Szybko nadałem ubraniu pewną niedbałość (zgodnie z obecną modą), przygładziłem skronie i wyszedłem do holu, biorąc ze sobą wizytówkę Amada.



16 из 165