
Wdowa okazała się kobietą w sile wieku, nieco omdlewającą, ale o świeżej, przyjemnej twarzy.
— Jak miło! — powiedziała na mój widok. — Już pan wstał? Dzień dobry, nazywam się Wajna Tuur, ale może pan mówić po prostu Wajna.
— Bardzo mi miło — skłoniłem się. — Nazywam się Iwan.
— Jak miło! — powtórzyła ciocia Wajna. — Jakie oryginalne, miękkie imię! Jadł pan już, Iwanie?
— Za pani pozwoleniem, planowałem zjeść śniadanie na mieście — powiedziałem i podałem jej wizytówkę.
— Ach! — Ciocia Wajna oglądała wizytówkę pod światło. — Ten Amad… gdyby pan wiedział, jaki to miły, czarujący człowiek! Ale proszę, lunch zje pan na mieście, a teraz poczęstuję pana moimi grzankami. Generał pułkownik Tuur mawiał, że nigdzie na świecie nie można zjeść takich grzanek.
— Z przyjemnością. — Ukłoniłem się ponownie.
Drzwi za plecami cioci Wajny otworzyły się i do holu, dźwięcznie stukając obcasikami, wpadła śliczna dziewczyna w krótkiej niebieskiej spódnicy i białej bluzce z dekoltem. W ręku trzymała kawałek ciastka, pod nosem nuciła modną piosenkę. Na mój widok przystanęła, zręcznie przerzuciła przez ramię torebkę na długim pasku, pochyliła głowę i przełknęła.
Ciocia Wajna zacisnęła wargi.
— Wuzi, to Iwan.
— Niezły! — zawołała Wuzi. — Cześć!
— Wuzi! — wykrzyknęła karcąco ciocia Wajna.
— Przyjechał pan z żoną? — zapytała Wuzi, podając mi rękę.
— Nie — odparłem. Palce miała chłodne i delikatne. — Sam.
— Wszystko panu pokażę — oznajmiła. — Wieczorem. Teraz muszę lecieć, ale wieczorem pójdziemy.
— Wuzi! — powtórzyła z wyrzutem ciocia Wajna.
— Koniecznie — powiedziałem.
Wuzi wsunęła do ust resztkę ciastka, cmoknęła mamę w policzek i pomknęła do wyjścia. Miała gładkie opalone nogi, długie i zgrabne, i ostrzyżony kark.
— Ach, Iwanie — westchnęła ciocia Wajna, też patrząc w ślad za nią — w naszych czasach tak trudno postępować z młodymi dziewczętami! Tak wcześnie dojrzewają, tak szybko nas porzucają… Odkąd pracuje w tym salonie…
