
— Jest krawcową? — zapytałem.
— O nie! Pracuje w salonie dobrego nastroju, w dziale dla starszych pań. I wie pan, jest tam ceniona. Ale w zeszłym roku raz się spóźniła i teraz musi bardzo uważać. Sam pan widzi, nie miała ani chwili na rozmowę, całkiem możliwe, że już na nią czeka klientka. Może pan nie uwierzy, ale ona ma już swoje własne klientki… ale dlaczego my stoimy? Grzanki ostygną…
Przeszliśmy na połowę gospodarzy. Ze wszystkich sił starałem się zachowywać jak należy, choć miałem bardzo niejasne pojęcie, co właściwie należy. Ciocia Wajna usadziła mnie przy stoliku, przeprosiła i wyszła. Rozejrzałem się. To była dokładna kopia mojego pokoju gościnnego, jedynie ściany nie były błękitne, lecz różowe, a za werandą nie było morza, tylko niskie ogrodzenie oddzielające podwórze od ulicy. Ciocia Wajna wróciła z tacą. Postawiła przede mną filiżankę ze śmietanką i talerzyk z grzankami.
— Wie pan, ja też zjem — powiedziała. — Lekarz nie zaleca mi jadania śniadań w ogóle, a śmietany wręcz zabrania, ale tak przywykliśmy. To ulubione śniadanie generała pułkownika. Staram się wynajmować dom jedynie mężczyznom, ten miły Amad doskonale mnie rozumie. On wie, jakie mi to potrzebne, choć od czasu do czasu posiedzieć tak, jak siedzimy teraz z panem, przy filiżance śmietanki…
— Pani śmietanka jest zdumiewająco dobra — zauważyłem szczerze.
— Ach, Iwanie! — ciocia Wajna odstawiła filiżankę i lekko klasnęła w ręce. — Powiedział pan to prawie tak samo jak generał pułkownik… i o dziwo, jest pan nawet do niego podobny. Tylko on miał węższą twarz i zawsze jadł śniadanie w mundurze…
— Tak — powiedziałem z żalem. — Munduru niestety nie mam.
— Ale kiedyś pan miał! — pogroziła mi filuternie palcem. — To przecież widać! Jakie to wszystko bez sensu! Ludzie muszą wstydzić się swojej wojskowej przeszłości. Prawda, że to głupie? Ale zawsze zdradza postawa, ta szczególna męska postawa. Tego nie da się ukryć, Iwanie.
