
— Ciekawe, prawda? — powiedział.
— W każdym razie intrygujące — odparłem, wyjmując długopis. — Gdzie mam podpisać?
— Gdzie i jak pan chce. Choćby w poprzek.
Podpisałem się pod rosyjskim tekstem w poprzek linijki „z imigracją się zapoznałem (-am)”.
— Dziękuję panu. — Celnik schował dokumenty do biurka. — Teraz poznał pan praktycznie wszystkie nasze prawa. I przez cały czas… jak długo planuje pan u nas pozostać?
Wzruszyłem ramionami.
— Trudno przewidzieć. W zależności od tego, jak pójdzie praca.
— Powiedzmy — miesiąc?
— Chyba tak. Niech będzie miesiąc.
— I w ciągu całego miesiąca… — pochylił się, robiąc jakąś notatkę w paszporcie. — W ciągu całego tego miesiąca nie będzie pan potrzebował żadnych innych praw. — Podał mi paszport. — Nie mówię już o tym, że może pan przedłużyć pobyt o dowolny rozsądny czas. A na razie niech będzie trzydzieści dni. Jeśli zechce pan zostać dłużej, proszę wstąpić szesnastego maja na policję, wpłacić dolara… ma pan przecież dolary?
— Tak.
— Doskonale. Zresztą niekoniecznie musi to być dolar. Przyjmujemy dowolną walutę. Ruble, funty, cruseiro…
— Nie mam cruseiro — powiedziałem. — Mam tylko dolary, ruble i trochę angielskich funtów. Czy to wystarczy?
— W zupełności. Właśnie, byłbym zapomniał. Proszę wpłacić dziewięćdziesiąt dolarów i siedemdziesiąt dwa centy.
— Z przyjemnością. A w jakim celu?
— Taka jest zasada. W celu zabezpieczenia minimum potrzeb. Jeszcze nigdy nie przyjeżdżał do nas człowiek niemający żadnych potrzeb.
Odliczyłem dziewięćdziesiąt jeden dolarów i on, nie siadając, zaczął wypisywać pokwitowanie. W niewygodnej pozie szyja mu poczerwieniała. Obejrzałem się. Biała bariera ciągnęła się wzdłuż całego pawilonu.
