
— Zygfryd — rzekł chłopiec.
— A po zastanowieniu?
— Lucyfer.
— Jak?
— Lucyfer.
— Lucyfer — powtórzyłem. — Belial. Astaroth. Belzebul i Azazel. Nic krótszego nie masz? Bardzo nieporęcznie wołać na pomoc człowieka o imieniu Lucyfer…
— Przecież drzwi są zamknięte — rzekł i cofnął się o krok. Jego twarz pobladła.
— No to co?
Nie odpowiedział i dalej się cofał. Przywarł plecami do ściany, sunął bokiem, przeciskając się do drzwi i nie spuszczając ze mnie wzroku. Zrozumiałem wreszcie, że wziął mnie za złodzieja albo zabójcę i chce uciec, ale z jakiegoś powodu nie wzywa pomocy. Nie pobiegł do pokoju matki, tylko przekradał się pod jej drzwiami i nadal skradał się pod ścianą do wyjścia.
— Zygfrydzie — powiedziałem. — Zygfrydzie-Lucyferze, jesteś strasznym tchórzem. Za kogo ty mnie bierzesz? — Specjalnie nie ruszałem się z miejsca i tylko odwracałem się w jego stronę. — Jestem waszym nowym mieszkańcem, twoja mama napoiła mnie śmietanką i nakarmiła grzankami, a ty omal mnie nie ochlapałeś i teraz jeszcze się mnie boisz. To ja powinienem bać się ciebie.
Bardzo przypominało to scenę w internacie w Anjudinie, gdzie przywieziono mi prawie takiego samego chłopca, syna chłysta. Mój Boże, czy ja naprawdę tak bardzo przypominam gangstera?
— Wiesz, do kogo jesteś podobny? — mówiłem dalej. — Do piżmaka Czuczundry, który przez całe życie płakał, bo nie starczyło mu odwagi, żeby wyjść na środek pokoju. Twój nos ze strachu zrobił się niebieski, uszy stały się zimne, a spodnie mokre i teraz zostawiasz za sobą mokrą strużkę…
W takiej sytuacji możesz mówić cokolwiek. Chodzi o to, żeby mówić spokojnie i nie robić gwałtownych ruchów. Twarz chłopca nie zmieniała wyrazu, ale gdy powiedziałem o strużce, on na sekundę zrobił zeza, żeby popatrzeć — tylko na sekundę. Potem skoczył do drzwi wyjściowych, miotał się przy nich, szarpiąc zasuwę, i wypadł na podwórko. Mignęły brudne podeszwy sandałów. Wyszedłem za nim.
