Stał w krzaku bzu i widziałem tylko bladą buzię. To tak jakby uciekający kot zatrzymał się na chwilę, żeby zerknąć przez ramię.

— No dobrze — powiedziałem. — Wyjaśnij mi, proszę, co mam zrobić. Muszę podać rodzinie swój nowy adres. Adres tego domu. Domu, w którym teraz mieszkam. — Patrzył na mnie w milczeniu. — Do twojej mamy niezręcznie mi iść. Po pierwsze, ma gościa, po drugie…

— Druga Podmiejska siedemdziesiąt osiem — rzekł.

Bez pośpiechu usiadłem na werandzie. Dzieliło nas dziesięć metrów.

— Ale masz głosik! — zauważyłem poufale. — Jak pewien mój znajomy barman w Mirza Charle.

— Kiedy pan przyjechał? — zapytał.

— Dopiero co. — Spojrzałem na zegarek. — Półtorej godziny temu.

— Przed panem mieszkał tu taki jeden — odezwał się i zaczął patrzeć w bok. — Łajdak. Podarował mi slipki w paski. Poszedłem się wykąpać, a one się rozpuściły w wodzie.

— Ajajaj. Potwór, a nie człowiek. Trzeba go było utopić w chlapie.

— Nie zdążyłem. Chciałem, ale już wyjechał.

— To był ten Huger? — zapytałem. — Z Martą i chłopcami?

— Nie. Dlaczego? Huger mieszkał później.

— Też łajdak?

Nie odpowiedział. Oparłem się plecami o ścianę i przypatrywałem ulicy. Z bramy naprzeciwko wyjechał samochód, wykręcił, ryknął silnikiem i odjechał. Zaraz za nim pomknął jeszcze jeden, identyczny. Zapachniało benzyną aromatyczną. Potem samochody jechały jeden za drugim. Poczułem, że mieni mi się w oczach. Na niebie pojawiło się kilka helikopterów. To były tak zwane bezgłośne helikoptery, ale ponieważ leciały dość nisko, nie dało się rozmawiać. Zresztą chłopiec nie miał zamiaru rozmawiać. Nie miał również zamiaru wychodzić z krzaków. Coś tam majstrował przy swoim chlapniku w krzakach i od czasu do czasu zerkał w moją stronę. Żeby tylko nie chlapnął stamtąd we mnie, pomyślałem.



25 из 165