
— Dokąd one tak wszystkie jednocześnie? — zapytałem.
Chłopiec zaszeleścił w krzakach.
— A co, nie wie pan? — zdziwił się.
— Skąd mam wiedzieć?
— Nie wiem. Hugera pan skądś zna.
— Hugera… — powtórzyłem.
— Hugera znam zupełnie przypadkiem. A o was nie wiem nic. Jak tu żyjecie, czym się zajmujecie… co tam teraz robisz?
— Bezpiecznik się zepsuł.
— Dawaj, naprawię! Czemu się mnie tak boisz? Przypominam jakiegoś łajdaka?
— Oni wszyscy pojechali do pracy — wyjaśnił chłopiec.
— Późno tu u was zaczynają pracę. Już pora na obiad, a wy dopiero do pracy… Wiesz, gdzie jest hotel Olimpik?
— Jasne, że wiem.
— Zaprowadzisz mnie?
Chłopiec zwlekał.
— Nie — powiedział w końcu.
— Dlaczego?
— Zaraz skończy się szkoła. Muszę iść do domu.
— Aha, więc to tak! — zawołałem. — To znaczy, że wagarujesz? W której jesteś klasie?
— W trzeciej.
— Ja też kiedyś byłem w trzeciej.
Wysunął się z krzaków.
— A potem?
— A potem w czwartej. — Wstałem. — Dobrze. Rozmawiać nie chcesz, zaprowadzić mnie nie chcesz, spodnie masz mokre, idę sobie. No, co tak patrzysz? Nie chcesz mi nawet powiedzieć, jak masz na imię…
Patrzył na mnie w milczeniu i oddychał ustami. Poszedłem do siebie. Kremowy hol był zapaskudzony, jak mi się zdawało, nieodwracalnie. Ogromny czarny kleks na ścianie nie miał zamiaru wysychać. Ktoś tu dzisiaj oberwie, pomyślałem. Pod nogami zaplątał mi się kłębek sznurka. Podniosłem go. Koniec sznurka był przywiązany do klamki drzwi prowadzących na połowę gospodarzy. Tak, pomyślałem, jasna sprawa. Odwiązałem sznurek i wsunąłem kłębek do kieszeni.
