
W gabinecie wyjąłem z biurka kartkę papieru i napisałem telegram do Marii: „Dotarłem szczęśliwie druga podmiejska siedemdziesiąt osiem całuję iwan”. W przewodniku znalazłem numer telefonu biura obsługi, przedyktowałem telegram i znowu zadzwoniłem do Rimeiera. I znowu Rimeier nie odpowiedział. Wtedy włożyłem marynarkę, przejrzałem się w lustrze, przeliczyłem pieniądze i już miałem wyjść, gdy zauważyłem, że drzwi do salonu są uchylone i przez szczelinę zagląda oko. Oczywiście udałem, że nic nie widziałem. Obejrzałem uważnie swój garnitur, wróciłem do łazienki i pogwizdując, przez jakiś czas czyściłem się odkurzaczem. Gdy wróciłem do gabinetu, wsunięta przez uchylone drzwi głowa momentalnie się schowała — teraz sterczała tylko srebrzysta rurka chlapnika. Usiadłem w fotelu, po kolei otworzyłem i zamknąłem wszystkie dwanaście szuflad, włączając tajne, i dopiero wtedy znowu spojrzałem na drzwi. Chłopiec stał na progu.
— Nazywam się Len — powiedział.
— Witaj, Len — rzuciłem z roztargnieniem. — Ja jestem Iwan. Wejdź. Co prawda, właśnie miałem zamiar pójść na obiad. Nie jadłeś jeszcze dziś obiadu?
— Nie.
— To świetnie. Powiedz mamie i pójdziemy razem.
Len bez słowa patrzył w podłogę.
— Jeszcze za wcześnie — wymamrotał.
— Na co za wcześnie? Na obiad?
— Nie, żeby przyjść… tutaj. Szkoła skończy się dopiero za dwadzieścia minut — znowu zamilkł. — W dodatku tam siedzi ten tłusty typ ze sznurami.
— Łajdak? — zapytałem.
— Tak — odparł Len. — Naprawdę pan teraz wychodzi?
— Tak, wychodzę. — Sięgnąłem do kieszeni po kłębek sznurka. — Weź… a gdyby to mama wyszła pierwsza?
