Pozostawało wyciągnąć wniosek, że życie miasta znajduje się w tajemniczej zależności od Plamy Amorficznej na Uranie. Albo niegdyś się znajdowało… Jurkowski uśmiechał się z wyższością. Zasadniczo rzeźba była w porządku, nie wiedziałem tylko, o co opiera się Jurkowski. Sondy to nie przypominało…

Coś zasyczało nad moim uchem. Odwróciłem głowę, mimo woli się odsuwając. Obok mnie, tępo wpatrując się w postument, stał niewysoki chudy człowiek, od stóp do głowy zawinięty w jakąś szarą łuskę, w ogromnym sześciennym hełmie na głowie. Twarz mu zasłaniała szklana płytka z dziurkami. Z dziurek w rytm oddechu wypływały strużki dymu. Wycieńczona twarz za szybką była zlana potem. Policzki drgały. Początkowo wziąłem go za kosmitę, potem pomyślałem, że to turysta, któremu zalecono szczególne procedury lecznicze, dopiero później domyśliłem się, że to artik.

— Przepraszam — powiedziałem. — Mógłby mi pan powiedzieć, co to za pomnik?

Mokra twarz się skrzywiła.

— Co? — dobiegło spod hełmu.

Pochyliłem się.

— Pytam, co to za pomnik.

Znowu zapatrzył się w postument. Wydobywający się z dziurek dym zgęstniał. I znowu rozległo się głośne syczenie.

— „Władimir Jurkowski — przeczytał. — Piąty grudnia. Rok Wagi”. Aha… grudzień… no… to pewnie jakiś Żyd albo Polak…

— A kto postawił ten pomnik?

— Nie wiem. Nie jest napisane. Po co to panu?

— To mój znajomy — wyjaśniłem.

— No to czemu pan mnie pyta? Niech pan zapyta jego.

— On nie żyje.

— Aaa… może jest tutaj pochowany?…



29 из 165