
— Nie — powiedziałem. — Pochowano go daleko stąd.
— Gdzie?
— Daleko! A co to jest ta rzecz, na której on się opiera?
— Jaka rzecz? To erula.
— Co?
— Erula. Ruletka elektroniczna.
Wytrzeszczyłem oczy.
— Co ma do rzeczy ruletka?
— Gdzie?
— Tutaj, na pomniku.
— Nie wiem — rzekł po chwili zastanowienia. — Może pański przyjaciel ją wynalazł?
— Wątpię. Pracował w innej dziedzinie.
— W jakiej?
— Był planetologiem i astronautą.
— Aaa… no, jeśli on ją wynalazł, to brawo. Pożyteczna rzecz. Trzeba zapamiętać, Jurkowski Władimir. Łebski Żyd…
— Nie sądzę, żeby ją wynalazł — przerwałem mu. — Przecież mówię, był astronautą.
Popatrzył na mnie.
— Skoro jej nie wynalazł, czemu tu z nią stoi?
— O to właśnie chodzi. Sam się dziwię.
— Kłamiesz — powiedział nieoczekiwanie. — Kłamiesz i sam nie wiesz, co gadasz… Już od rana pijany… Alkoholik! — odwrócił się i poszedł dalej, powłócząc chudymi nogami i głośno sycząc.
Wzruszyłem ramionami, jeszcze raz spojrzałem na Władimira Siergiejewicza i przez wielki jak lotnisko plac poszedłem do hotelu.
Gigantyczny szwajcar odsunął przede mną drzwi i dźwięcznie powiedział: „Serdecznie zapraszamy”. Zatrzymałem się.
— Przepraszam bardzo. Nie wie pan czasem, co to za pomnik?
Szwajcar popatrzył nad moją głową na plac. Na jego twarzy pojawiło się zmieszanie.
— A czy tam… nie jest napisane?
— Jest. Ale kto postawił ten pomnik? Za co?
Szwajcar przestąpił z nogi na nogę.
— Bardzo przepraszam — rzekł w końcu — ale w żaden sposób nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Pomnik stoi tu od dawna, a ja jestem od niedawna… boję się pana wprowadzić w błąd. Może portier…
Westchnąłem.
— Dobrze, proszę się nie denerwować. Gdzie jest telefon?
— Na prawo, bardzo proszę — powiedział szwajcar ucieszony.
