Portier już do mnie szedł, ale ja pokręciłem głową, podniosłem słuchawkę i wybrałem numer Rimeiera. Tym razem telefon był zajęty. Skierowałem się do windy i wjechałem na dziewiąte piętro.

Rimeier, z nienormalnie obrzękniętą twarzą, powitał mnie w szlafroku, spod którego widać było nogi w spodniach i butach. W pokoju unosił się zapach zastarzałego dymu papierosowego, popielniczka na stole była pełna. Generalnie panował tu bajzel. Jeden fotel był przewrócony, na dywanie leżał zwinięty w kłębek podkoszulek, wyraźnie damski, pod parapetem i stołem błyszczały baterie pustych butelek.

— Czym mogę służyć? — zapytał nieprzyjaźnie Rimeier, patrząc na mój podbródek. Chyba niedawno wyszedł spod prysznica, rzadkie jasne włosy na jego długiej czaszce były mokre.

W milczeniu podałem mu swoją wizytówkę. Rimeier przeczytał ją uważnie, powoli wsunął do kieszeni szlafroka i nadal patrząc na mój podbródek, powiedział:

— Niech pan usiądzie.

Usiadłem.

— Niedobrze się złożyło — wyjaśnił. — Jestem cholernie zajęty i nie mam ani minuty.

— Dzwoniłem dziś do pana kilka razy.

— Dopiero wróciłem… jak się pan nazywa?

— Iwan.

— A nazwisko?

— Żylin.

— Widzi pan, Żylin… Krótko mówiąc, powinienem się zaraz ubrać i wyjść znowu — zamilkł, potarł dłońmi obwisłe policzki. — Tak, właściwie… zresztą, jeśli pan chce, proszę tu na mnie zaczekać. Jeśli nie wrócę za godzinę, niech pan idzie i przyjedzie jutro około dwunastej. I proszę mi zostawić swój adres i telefon, niech pan zapisze na stole… — zrzucił szlafrok i wlokąc go po podłodze, poszedł do sąsiedniego pokoju. — A na razie niech pan obejrzy miasto. Straszne miasteczko… ale tak czy inaczej trzeba się tym zajmować. Mnie już mdli od niego… — Wrócił, zawiązując krawat. Ręce mu drżały, skórę na twarzy miał pomiętą i szarą. Nagle poczułem, że mu nie ufam. Sprawiał przykre wrażenie, jak zaniedbany i chory.



31 из 165