
— Źle pan wygląda — powiedziałem. — Bardzo się pan zmienił.
Rimeier po raz pierwszy spojrzał mi w oczy.
— Skąd pan wie, jak wyglądałem wcześniej?
— Widziałem pana u Marii… Dużo pan pali, Rimeier, a teraz wszędzie do tytoniu dodają różne świństwa.
— Tytoń to głupstwo — rzekł z nieoczekiwanym rozdrażnieniem. — Tutaj wszystko nasączają świństwem… ale zasadniczo ma pan rację, pewnie trzeba będzie rzucić. — Powoli włożył marynarkę. — Trzeba rzucić… — powtórzył. — I nie trzeba było zaczynać.
— Jak idzie praca?
— Bywało gorzej. Wyjątkowo zajmująca praca — uśmiechnął się nieprzyjemnie. — Idę. Czekają na mnie, jestem już spóźniony. Więc albo za godzinę, albo jutro w południe.
Skinął mi głową i wyszedł.
Podchodząc do stolika, aby zapisać swój adres i telefon, wpadłem w stertę butelek. Praca rzeczywiście musiała być zajmująca. Zadzwoniłem do portiera i poprosiłem, żeby do pokoju przyszła sprzątaczka. Uprzejmy głos wyjaśnił mi, że mieszkaniec pokoju kategorycznie zabronił personelowi obsługującemu zjawiać się w pokoju podczas swojej nieobecności, i właśnie przed chwilą, opuszczając hotel, powtórzył ten zakaz.
— Aha — powiedziałem i odłożyłem słuchawkę. Niezbyt mi się to spodobało. Sam nigdy nie wydaję takich poleceń, nigdy nic przed nikim nie ukrywam, nawet notesu. Udawanie jest głupie, lepiej po prostu mniej pić. Podniosłem przewrócony fotel, usiadłem i zacząłem czekać, próbując stłumić uczucie niezadowolenia i rozczarowania.
Nie czekałem długo. Dziesięć minut później drzwi się uchyliły i do pokoju wsunęła się śliczna buzia.
— Hej! — powiedziała buzia nieco schrypniętym głosem. — Rimeier u siebie?
— Rimeiera nie ma — odparłem. — Ale proszę wejść.
Weszła lekkim, tanecznym krokiem i ujmując się pod boki, stanęła przede mną. Miała krótki zadarty nosek i rozczochrane, krótko obcięte włosy. Włosy były rude, szorty jaskrawoczerwone, bluzka żółta. Wyrazista kobieta i dość sympatyczna. Mogła mieć dwadzieścia pięć lat.
