
Księżyc w pełni świecił na ciemnym niebie, a spomiędzy znajdujących się za moimi plecami wzgórz rysował się w świetle wyraźny zarys tępego szczytu góry Kościuszki w śniegowej czapie. Siedziałem na skale wysoko w górach i patrzyłem w dół na mój dom.
Laguna, wielkie pastwiska rozciągające się aż do gąszcza krzewów, niewielkie padoki koło domu w schludnych białych ogrodzeniach, srebrne dachy pomieszczeń dla źrebiąt, solidna bryła stajni, szopa i niska, wydłużona, wdzięczna sylwetka domu mieszkalnego, w którego ostatnim oknie odbijało się światło księżyca.
To było moje więzienie.
Na początku nie było tak źle. Nie mieliśmy żadnych krewnych, którzy mogliby się nami zająć, i sprawiało mi przyjemność rozczarowywanie ludzi utrzymujących, że nie zdołam zarobić tyle, żeby rodzeństwo – Belinda, Helen i Philip – mogło być razem ze mną. Zawsze lubiłem konie, a interes od początku szedł zupełnie dobrze. W każdym razie mieliśmy wszyscy co jeść i nawet udało mi się przekonać siebie, że prawo nie było wcale moim prawdziwym powołaniem.
Rodzice zamierzali posłać Belindę i Helen do szkoły w Frensham, i kiedy przyszedł czas, posłałem je tam. Zapewne mógłbym znaleźć tańszą szkołę, ale próbowałem dać im to, co sam kiedyś miałem… I dlatego właśnie Philip był teraz w Geelong. Stopniowo interes rozrastał się, ale rosły też opłaty szkolne, wynagrodzenie robotników i koszty utrzymania. Zostałem schwytany w rodzaj wstępującej spirali i zbyt wiele zależało od tego, żebym nie przestał po niej wstępować. Złamanie nogi na wyścigach z przeszkodami, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, spowodowało najcięższy kryzys finansowy w ciągu całych dziewięciu lat. Nie miałem więc wyboru: musiałem zarzucić tak ryzykowne przedsięwzięcia.
Nie narzekałem na niekończącą się pracę. Bardzo kochałem moje siostrzyczki i brata. Wcale nie żałowałem tego, co zrobiłem. Jednak świadomość, że zastawiłem na siebie doskonale funkcjonującą pułapkę, zabijała powoli wcześniejsze zadowolenie, jakie znajdowałem w tym, że potrafię utrzymać moje rodzeństwo.
