
Dwadzieścia tysięcy funtów angielskich… Bardzo dużo pieniędzy. Ale hrabia October nie mógł wiedzieć o niespokojnym stanie mojego ducha, mógł natomiast przypuszczać, że mniejsza suma nie zrobi na mnie wrażenia. (Zastanawiałem się, ile był gotów zapłacić Arthurowi).
Z drugiej strony był ten dziennikarz, który zginął w katastrofie samochodowej… Jeżeli October i jego koledzy mają cień wątpliwości, czy był to istotnie wypadek, to również tłumaczyłoby wysokość sumy mającej przytłumić wyrzuty sumienia. Dzięki profesji mojego ojca dowiedziałem się w młodości wiele o zbrodniach i zbrodniarzach, wiedziałem o tym za dużo, by odrzucić myśl o zorganizowanym wypadku jako absolutny nonsens.
Odziedziczyłem ojcowskie zamiłowanie do porządku i prawdy, dorastałem podziwiając logikę jego umysłu, choć często uważałem, że jest zbyt bezwzględny dla niewinnych świadków w sądzie. Uważałem, że sprawiedliwości powinno stać się zadość i że ojciec nie uszczęśliwia świata przyczyniając się do uniewinnienia oskarżonego. Mówił, że nigdy nie będę adwokatem myśląc w ten sposób i lepiej, żebym zamiast tego został policjantem.
Myślałem o Anglii. O dwudziestu tysiącach funtów. O poszukiwaniu przestępcy. Mówiąc szczerze, powaga, z jaką October przedstawił sytuację, nie wywarła na mnie żadnego wpływu. Angielskie wyścigi były po drugiej stronie kuli ziemskiej. Nie znałem nikogo, kto byłby w nie zaangażowany. Naprawdę niewiele mnie obchodziło, czy cieszyły się złą czy dobrą opinią. Gdybym pojechał, byłaby to bezinteresowna wyprawa. Pojechałbym dlatego, że pociągała mnie przygoda, ponieważ zapowiadało się to zabawnie, było wyzwaniem, kusicielska zachęta do odrzucenia odpowiedzialności i przecięcia pęt dobrowolnie narzuconych memu udręczonemu duchowi.
Zdrowy rozsądek mówił, że cały ten pomysł jest szalony, że hrabia October jest nieodpowiedzialnym dziwakiem, że nie mam żadnego prawa zostawiać mojej rodziny własnemu losowi i wałęsać się po świecie, i że jedynym wyjściem dla mnie jest pozostanie na miejscu i wyrabianie w sobie uczucia zadowolenia.
