
Stopy zapadły się w coś grząskiego, omal nie upadła. Wykręciła rękę, usiłując się uwolnić.
– Nie ruszaj się! – krzyknął. Wtedy z przerażeniem pojęła, że skoro nie boi się mówić tak głośno, muszą być tu sami… zupełnie sami.
– Rozwiążę ci nogi, ale jeśli spróbujesz uciec… – Znowu przytknął jej do skroni zimną lufę rewolweru. – Zabiję cię.
Mary wiedziała jednak, że zabije ją tak czy inaczej. Postanowiła, że jeśli nadarzy się okazja, zacznie uciekać. Lepiej dostać kulę w plecy niż być gwałconym i bitym całymi godzinami. Musi uciec. Musi.
Ale on przejrzał jej plan. Jednym szybkim ruchem przeciął taśmę krępującą jej kostki, a potem nadgarstki i szybko chwycił ją za ramię.
– Nawet o tym nie myśl – rzucił ostrzegawczo. – Idziemy.
Zacisnął palce na jej ramieniu i zaczął ją popychać do przodu lufą rewolweru.
Słyszała cykady i kumkanie żab, pod stopami czuła liście, z włosów na kark spływały krople deszczu. Wydawało jej się, że czuje zapach rzeki gdzieś blisko, ale nie była pewna. Rozpłakała się. Potknęła się o coś i omal nie przewróciła. To zły sen, to musi być tylko zły sen.
– Teraz do góry – rozkazał, podniosła posłusznie stopę i weszła na dwa schodki. Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. – Wchodź.
O Boże, więc to tu postanowił ją zabić.
W środku unosił się zapach kurzu. Wydawało jej się, że usłyszała na podłodze chrobot pazurów, jakby zaskoczone szczury próbowały się gdzieś ukryć. Potem za plecami zamknęły się drzwi.
Pchnął ją, zrobiła krok przed siebie i wtedy to usłyszała… jakiś stłumiony dźwięk, jakby był tu ktoś jeszcze.
Omal nie zemdlała.
Dobry Boże, czyżby przywiózł ją gdzieś, gdzie czekają na nią inni mężczyźni? Słyszała o barbarzyńskich, rytualnych mordach na kobietach i zebrała się w sobie na przyjęcie tego, co ją mogło oczekiwać.
– Dobrze, bądź grzeczna – wyszeptał jej do ucha. Poczuła gorący oddech na karku. – Rób to, co mówię, a nie zrobię ci krzywdy. Będziesz bezpieczna.
