
– Bo co?
– Bo zacznę krzyczeć i zawołam strażników.
– Strażników – powtórzył niskim głosem, w którym słyszała rozbawienie. – Tutaj? – Cmoknął, jakby mówił do nieposłusznego dziecka. – Już tego próbowałaś.
Wiedziała, że mu ulegnie. Jak zawsze.
– Strażnicy? Uwierzyli ci ostatnim razem?
Oczywiście, że nie. Dlaczego mieliby jej wierzyć? Dwóch chudych, pryszczach chłopców. Nawet nie ukrywali, że uważają ją za wariatkę. Chociaż użyli tych, bardziej wyszukanych słów. Omamy… Paranoja… Schizofrenia…
A może w ogóle nic nie mówili? Może. Może tylko patrzyli na nią współczującym, ale i wygłodniałym wzrokiem. Czy jeden z nich nie powiedział, że jest seksowna? Drugi złapał ją za pośladek… a może to wszystko też było tylko złym snem?
– Odejdź – szepnęła znowu, wbijając paznokcie w ramię.
– Przestań, Faith – ostrzegł ją. – To nic nie da. Jestem tu, żeby ci pomóc. Wiesz o tym.
Pomóc jej. Nie… nie, nie, nie!
Miała ochotę skulić się na podłodze. Walcz! – nakazał jej jednak jakiś wewnętrzny głos. Nie pozwól, by cię zmusił, do robienia tego, czego nie chcesz robić! Masz wolną wolę.
Ale było już za późno.
Teraz był blisko niej, znów cmoknął. Widziała różowy, wilgotny koniuszek języka.
– Faith – powiedział chrapliwym szeptem. – Chyba znowu byłaś bardzo niegrzeczną dziewczynką.
– Nie – jęknęła. Znowu… Znowu poczuła, jak narasta w niej to okropne podniecenie.
– Nie wiesz, że to grzech tak kłamać?
Spojrzała na ścianę, na której wisiał krzyż. Poruszył się? Zamrugała i przez chwilę wydało się jej, że Jezus spogląda na nią łagodnie, ale karcąco.
Nie, to niemożliwe. Weź się w garść, na litość boską.
To tylko wizerunek, nic więcej…
Chwytając z trudem powietrze, oderwała wzrok od umęczonej twarzy Jezusa i spojrzała na kominek… zimny teraz i pusty. Powiedzieli, że to ona sama zbiła wiszące nad nim kiedyś lustro, w napadzie szału. I że pocięła się odłamkami szkła, bo jej własne odbicie sprawiało jej ból.
