
Przeklęci Ludzie Lodu! Jego własne potomstwo!
Teraz dostaną za swoje!
To przecież ich przede wszystkim obdarzył zaufaniem. I oto w tym właśnie rodzie przyszedł na świat jego imiennik i on to odebrał Tengelowi Złemu zwolenników, sprawił, że większość odwróciła się od niego. Tak, przed tym Tengelem Dobrym (skrzywił się okropnie na słowo „dobry”), przed nim także istnieli odszczepieńcy. Niewielu, ale mimo wszystko…
Wściekłość o mało go nie zadławiła. Ale spokojnie, nie wolno niepotrzebnie tracić sił.
Jacy to teraz Ludzie Lodu żyją? Z kim Tengel powinien się rozprawić? Czy są tam jacyś niebezpieczni osobnicy?
Ta przeklęta Benedikte! Ona wciąż żyje. Ale w następnym pokoleniu nie ma nikogo dotkniętego dziedzictwem. Dziecko, które należało do jego gromady, zostało zamordowane na brzegu fiordu. Nie, nie zamordowane, urodziło się martwe. Szkoda!
Inni żyjący współcześnie członkowie rodu go nie obchodzili. To po prostu śmieci.
O, Tengel wiedział wszystko o swoim potomstwie.
Z wyjątkiem…
Z wyjątkiem jednego?
Tego, który się ukrył. Kto to jest? Ten, który działa przeciwko niemu tak skutecznie, który atakuje go raz po raz, a Tengel nie może go pochwycić. I to nie żaden z przodków, to istota żyjąca! Przeklęta kreatura! Gdzie się to paskudztwo schowało? A może jest ich więcej?
Tengel Zły długo pienił się w straszliwym gniewie, który bardzo wyczerpywał jego siły.
Nagle odpychające oblicze się rozjaśniło. Jeśli w ogóle w związku z nim można mówić o jasności.
Przecież ma jednego! Niewolnika, wiernego pomocnika!
Kogoś, o kim Ludzie Lodu nie mają pojęcia.
Nie ma się czym tak bardzo przejmować! Jest przecież wielu myślących tak jak on, jego czeladników, nie zamierzał się jeszcze nimi posługiwać… Choć może jednak powinien? Gdyby się to okazało konieczne, gdyby miał kłopoty z poruszaniem się tak, jak by chciał. Zobaczy później.
