
Dopiero teraz, po drodze, mieli opracować jakiś plan.
Rozłożyli się na nocleg w tę ciepłą czerwcową noc na stoku góry pod gołym niebem. Świat trwał w całkowitym spokoju, ani jeden podmuch wiatru nie mącił ciszy. W sercach ludzi narastał gniew i żal nad ojczystym krajem, cierpiącym pod obcą przemocą.
Członkowie małej grupy terrorystycznej „Czarna Ręka” nie zdawali sobie sprawy z tego, jak dalece ich wędrówka do Sarajewa jest popierana przez macierzystą organizację, Młodą Bośnię. Jedynie duchowo, rzecz jasna. Bo chociaż wspierano garstkę fanatyków, to zarazem bardzo się wystrzegano jakichkolwiek kontaktów w obawie, by Młoda Bośnia nie została zamieszana w wydarzenia, jakie mogą towarzyszyć wizycie arcyksięcia.
„Czarna Ręka” widziała we Franciszku Ferdynandzie jednego z największych wrogów Słowian. W ogóle arcyksiążę nie był postrzegany jako człowiek szczególnie pociągający, uważano, że jest leniwy i zarozumiały, terroryści nie mieli zatem wyrzutów sumienia, kiedy snuli najbardziej szalone plany.
Wszystko to jednak były jedynie niesprecyzowane pomysły. Jeszcze do niczego więcej nie dojrzeli. plany mieli niejasne, zmieniali je co chwila, ich gniew nieustannie narastał, nasilała się też potrzeba działania.
Siedzieli kręgiem, milczący, pogrążeni każdy w swoich myślach. Tworzyli naprawdę ponure zgromadzenie, któremu się wydawało, że na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za cały kraj.
Nie wiedzieli jeszcze, że spoczywa na nich coś więcej, że ich działanie wstrząśnie całym światem.
Tengel Zły z wolna obracał swoją podobną do ptasiej głowę to w jedną, to w drugą stronę. Nasłuchiwał. Domyślał się, zaczynał pojmować.
Ludźmi Lodu się teraz nie przejmował. Teraz kto inny zaprzątał jego myśli.
