
Człowiek, który odegrał początek sygnału.
Gdzie, gdzie się ta cholerna kreatura chowa?
Obrzydliwą gębę wykrzywił wściekły grymas. W złych, połyskujących żółtym blaskiem zmrużonych ślepiach nie było miłosierdzia. Płonęła w nich jedynie żądza mordu, pragnienie zemsty i unicestwienia.
Tengel był istotą dziką, nie skażoną cywilizacją. Nie miał żadnego wykształcenia, nawet w przybliżeniu nie orientował się w geografii, pojęcia nie miał, że istnieje gdzieś kraj, który nazywa się Hiszpania, nie wiedział zresztą, gdzie on sam się znajduje, co to za kraj i jak się nazywa. Nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby wyjaśniać takie głupstwa pozbawione wszelkiego znaczenia. Natura obdarzyła go natomiast instynktem przekraczającym wszelkie właściwe zwyczajnym ludziom granice, więc też jego głowa na cienkiej, pomarszczonej szyi, która mogła się kręcić na wszystkie strony niczym goła, plamiasta szyja sępa, zwróciła się powoli ku zachodowi.
Stamtąd… Stamtąd nadeszły te tony… z całą pewnością. Pochodziły z bardzo daleka i to, niestety, gorsza sprawa. Poruszał się teraz tak okropnie wolno, więc wyprawa do grajka zajęłaby wieczność.
Ale… Tengel miał przecież inne możliwości.
Skoncentrował swoją niesłychanie silną wolę, starając się, w wołać obraz człowieka z fletem w tworzyć sobie pojęcie o nim.
Jakieś bagna. Widział rozległe moczary, porośnięte trawą, którą teraz rozwiewał wiatr, widział chorowite z nadmiaru wilgoci drzewa i chmary wodnego ptactwa. Widział skały i wysokie wzgórza wznoszące się nad bagnami. A na jednym z nich zamczysko.
Tam!
Tengel Zły starał się wejrzeć do wnętrza zamku. Była to wspaniała budowla, naprawdę wytworna, z pięknymi łukami drzwi i podcieniami, wszystko zdobione w stylu arabskim. Tego określenia Tengel oczywiście nie znał, on po prostu rejestrował to swoimi nadprzyrodzonymi zmysłami i dziwił się. Dlaczego ludzie tracą czas na zajmowanie się takimi głupstwami, zamiast cieszyć dusze mordem i torturami?
