
Dzieliła go od nich znaczna odległość. Może większa niż byłby w stanie pokonać.
Ale z drugiej strony… zawsze poruszał się z większą łatwością, gdy nie dotykał ziemi. Świetnie mu się to udało, kiedy opuszczał grotę. Powinien więc spróbować i teraz.
Tengel Zły podskoczył, starając się oderwać od ziemi. Uniósł się niezbyt wysoko, stopy znajdowały się nie więcej niż łokieć nad ziemią, ale w tym położeniu mógł się przemieszczać z oszałamiającą szybkością. Nawet nie musiał poruszać nogami, po prostu płynął w powietrzu, dokąd chciał.
Tak! Tak jest zdecydowanie lepiej. Nie utracił zatem dawnych umiejętności, pozostał Tengelem Potężnym.
Mały i obrzydliwy, o diabelskich złośliwych oczkach, sunął przed siebie, kierując się wprost na przyzywające go sygnały o przestępstwie, rozpaczy i śmierci. Może sam nie jest jeszcze zbyt silny, ale potrafi posługiwać się innymi. Potrafi zadbać, by uczynili jak najwięcej zła.
Przepełniała go radość. Nareszcie może działać! Nareszcie może sprowadzać na ludzi ból i tragedię.
To będzie rozkosz! Prawdziwa rozkosz!
Wszyscy w grupie czuwali. Byli zbyt zdenerwowani, by zasnąć.
Rozmawiali z ożywieniem, siedząc blisko siebie pośród uschłej trawy na zboczu.
Tak byli pochłonięci swoimi sprawami, że nie zauważyli, iż z tyłu za nimi wylądowała nieduża, groteskowo wyglądająca pokraka, która nie wiadomo czy bardziej przypominała zwierzę, czy istotę ludzką. Przybysz wyraźnie się zresztą troszczył, by jego sylwetka nie odcinała się na tle nocnego nieba, i rozglądał się za miejscem równie ciemnym jak on sam. Przymknął oczy tak, by ich żółty blask nie mógł być widoczny.
Nasłuchiwał.
– Nie, tego nie możemy zrobić – mówił jeden z ludzi niecierpliwie. – Nie możemy się pokazywać publicznie, nie wolno nam wykrzykiwać haseł. Musimy jedynie zaznaczyć naszą obecność. Problem tylko, jak.
