
– A ja uważam, że to dobra propozycja – odezwał się inny: – Po prostu rzucić bombę lub petardę koniom pod nagi, to jedynie słuszny postępek! Konie poniosą i jeśli będziemy mieli trochę szczęścia, królewska para wypadnie z powozu.
– Powiedziałem, że nie możemy się pokazywać! Organizacja nie może zostać rozszyfrowana. A, fuj, jak tu coś śmierdzi! Zgniła ryba?
Pozostali wąchali i krzywili się z obrzydzeniem.
– Nie, nie poznaję tego odoru. Do niczego niepodobny.
Kilku z zebranych skuliło się, jakby przeszło obok nich coś złowieszczego, zapowiadającego nieszczęście.
– Nie, to nic takiego, podmuch wiatru przyniósł jakiś smród, ale już nic nie czuć. Może powinniśmy coś zrobić w którymś pomieszczeniu, gdzie będzie następca tronu?
– Nie, nie, to się musi stać na ulicy.
Tengel Zły przyglądał się wszystkim po kolei. Język nie stanowił dla niego przeszkody, rozumiał wszystkie języki świata.
Jego zamroczony mózg rozpaczliwie próbował wydobyć się z otulającej go mgły, która uniemożliwiała mu myślenie. Jak bardzo brakuje odwagi tym ludziom na dole! Ich gniew jest wielki i żarliwy, ale prawdziwie wielkiego planu nie potrafią stworzyć.
– Ty! – szepnął w końcu sam do siebie i wskazał zakrzywionym pazurem na jednego z młodszych członków grupy. – Ty myślisz słusznie. Ty tego pragniesz i jesteś dostatecznie fanatyczny. Tylko wciąż się jeszcze do końca nie zdecydowałeś. Powiedz to! Powiedz teraz!
– Ja ta zrobię – oświadczył Gawriło Princip.
– Zrobisz, co? – pytali tamci.
– Mamy pistolety, prawda?
– Gawriło, nie wolno ci! Nie na ulicy!
„Stul pysk!” pomyślał Tengel i wbił wzrok w tego, który protestował.
Mężczyzna zamilkł.
Ktoś inny podskoczył na swoim miejscu.
– Widziałem przed chwilą ślepia dzikiego zwierza. Rozjarzyły się w ciemnościach i natychmiast zniknęły!
Tengel zamknął oczy. Zapomniał się z przejęcia i mało nie napytał sobie biedy. Był po prostu nieostrożny!
