
Tamtego roku, 1914, kiedy trzej młodzi grotołazi ze swoim przewodnikiem wędrowali w ciemnościach, większość terenu pozostawała jeszcze nie zbadana i żadnej kolejki, rzecz jasna, nie było.
Przewodnik przystanął i zaczekał na idących z tyłu.
Kiedy go dogonili, powiedział po niemiecku:
– Wejdziemy teraz do bardzo wąskiego szybu. Dobrze, że wszyscy jesteście szczupli i niewysocy. Będziemy używać liny, bo chociaż okolice wejścia wydają się płaskie, to potem jest ostry spad, a szyb ma znaczą głębokość.
Kiwali w skupieniu głowami i przygotowywali się do zejścia.
Przyzwyczajeni byli do opuszczania się w głąb nieznanych mrocznych sztolni. Jeden po drugim ostrożnie wchodzili do wąskiego szybu i posuwali się za przewodnikiem w ciasnym, dość nieprzyjemnym pasażu, w którym stalagmity zagradzały im drogę.
Przewodnik znowu przystanął.
– Do tego miejsca jaskinia jest znana – rzekł cicho. – Ja i jeszcze jeden poszliśmy kiedyś kawałek dalej, ale… musieliśmy zawrócić.
– Nie było przejścia?
– W postaci korytarza, nie.
Więcej nie powiedział. To znaczy o grocie. Dodał natomiast:
– Ludzie gadają, że jacyś inni też próbowali wejść. Dwadzieścia pięć lat temu. Też musieli zawrócić.
– Z tego samego powodu?
– A z jakiego by innego? Oni potem pomarli, bardzo szybko jeden po drugim, i nikt nie zdążył ich zapytać.
Najmłodszy z trzech grotołazów powiedział hardo:
– Ale my pójdziemy dalej, co?
– Oczywiście – potwierdzili towarzysze z przekonaniem.
Przewodnik milczał.
Bardzo trudno było forsować następne wzniesienie, pokryte stalagmitami, czyli formacjami wznoszącymi się ku górze. Niekiedy przejście było tak ciasne, że musieli się przeciskać, w jednym miejscu dostrzegli, że ktoś starał się wyrąbać skalne występy, żeby zrobić sobie przejście.
