
– To pewno ci, którzy tu wtedy przyszli – mruknął przewodnik.
Jedna z latarek zgasła i mimo starań nie dawała znaku życia. Jej właściciel poczuł się niemal osamotniony.
Gdy po omacku przesuwali się dalej, ocierając sobie kolana i biodra do krwi o wystające skały, nagle przystanęli wszyscy.
– Co to jest? – pytali z niedowierzaniem.
– Ja myślę… – zastanawiał się przewodnik. – Myślę, że to tkwi gdzieś w środku.
Wszyscy ze wstrętem pociągali nosami.
– Boże drogi – mruknął któryś.
– Nie jest to zbyt silne, ale smród ohydny – dodał trzeci.
– Idziemy dalej!
Ruszyli przed siebie, ale jakoś wolniej i z mniejszym zapałem.
Odór stawał się coraz silniejszy. W końcu jeden z wędrowców przystanął.
– Nie, już dalej nie dam rady, zaraz zwymiotuję!
Pozostali zanosili się kaszlem.
– Poprzednim razem doszliście aż tutaj? – zapytał jeden przewodnika.
– Nie, skąd? Nawet się nie zbliżyliśmy do tego miejsca.
– Co to może być?
Ostrożnie wciągali dławiący smród.
– Nigdy przedtem nie czułem czegoś podobnego – mruknął któryś z grotołazów. – Jest tu gdzieś coś starego, może zgniłego, stąd ten okropny odór, który przesyca ściany. Może to jakiś związek chemiczny?
– W każdym razie to nie padlina, choć smród przypomina zgniliznę.
Przewodnik, który był prostym, ale kulturalnym człowiekiem, powiedział:
– To, oczywiście, zabrzmi głupio, ale mnie się zdaje, że to śmierdzi… złem… w jakiś sposób. To znaczy złością.
Zachichotał, jakby chciał zatrzeć nieprzyjemne wrażenie swoich słów, ale grotołazom nie było do śmiechu.
– Ja bym powiedział to samo – rzekł któryś.
– Gdyby nie to, że czas smoków minął, mógłbym uwierzyć, że dotarliśmy do jamy jakiegoś smoka – powiedział najmłodszy.
