Rozumowanie don Miguela było, jak powiedzieliśmy, nieco dziwne.

I oto któregoś dnia zdarzyło się, że zaczął grać na swoim flecie pewien temat.

Bardzo dziwny temat.

Główna idea utworu wywodziła się, oczywiście, ze stylu dodekafonistycznego, ściągniętego od Schonberga, ale jej rozwinięcie było już własnym dziełem don Miguela.

Szczególnie daleko się w pracy nie posunął, nie miał zresztą cierpliwości, żeby się skupić i zrealizować wszystko, co zamierzył.

Zdołał zapisać na papierze dwie pierwsze frazy, mistyczne i niezrozumiałe, po czym zagrał je jeszcze raz.

Zapisał kilka kolejnych taktów…

Tych już jednak zagrać nie zdążył, bo wszedł służący i przypomniał o planowanej wizycie w mieście. Powóz już czekał.

Roztargniony jak zwykle don Miguel rzucił arkusz nutowy na stos innych papierów do pięknie rzeźbionej skrzyneczki i zapomniał o wszystkim.

Ale dwa pierwsze tony już zabrzmiały…

Z daleka, skądś z bardzo daleka?

Może to tylko echo niesione przez wiatr?

Tony.

Długo, długo wyczekiwane tony. Setki lat czekania, dziesiątki pokoleń.

Nareszcie!

Tengel Zły drgnął na swoim legowisku i ledwie dostrzegalnie otworzył swoje szarożółte oczy.

Wsłuchiwał się w echo jeszcze wibrujące w najgłębszej z jaskiń Postojny.

Narastała w nim irytacja.

To przecież zaledwie przygrywka. No, dalej! Nie przerywaj, graj!

Muzyka jednak umilkła, tylko echo drgało jeszcze wśród skał.

Graj dalej! To za mało! Więcej, tam jest dalszy ciąg, w przeciwnym razie ja nie zdołam…

Ale niczego więcej już nie usłyszał.

Początek… To był właściwy początek! Upragniony! Więc dlaczego potem zapadła cisza?

Czekał długo, ów Tengel Zły, czekał z wciąż narastającą, wściekłą niecierpliwością. Czekał… czekał…



8 из 191