
— Niemożliwe, żeby to, co naprawdę istnieje, można było utrzymać w tak głębokiej tajemnicy.
Muł podniósł głowę i zmierzył go ostrym przenikliwym spojrzeniem.
— Nie — rzekł. — Druga Fundacja istnieje naprawdę. — Wzniósł w górę chudy, kościsty palec. — Nastąpi lekka zmiana w taktyce.
Pritcher zmarszczył brwi.
— Chce pan sam wyruszyć? Nie radziłbym tego robić.
— Ależ skąd, oczywiście, że nie. Będziesz musiał polecieć jeszcze raz — ostatni raz. Ale z kimś, z kim podzielisz się dowództwem.
Po chwili ciszy Pritcher spytał twardym głosem:
— Z kim, panie?
— Jest tu, na Kalganie, pewien młody człowiek. Nazywa się Bail Channis.
— Nic o nim nie słyszałem.
— Tak myślę. Jest bystry, ambitny i nie jest Odmienionym.
Pritcher drgnął lekko.
— Nie rozumiem jaki z tego pożytek.
— Jest pewien pożytek, Pritcher. Jesteś bystry i masz doświadczenie. Oddałeś mi duże usługi. Ale jesteś odmieniony. Twoim działaniem kieruje sztuczna, wymuszona przeze mnie wierność. Tracąc swoje naturalne pobudki, straciłeś jednocześnie coś, czego w żaden sposób nie mogę zastąpić — coś trudno uchwytnego, co można by nazwać przedsiębiorczością.
— Nie czuję tego — odparł ponuro Pritcher. — Pamiętam siebie całkiem dobrze z czasów, kiedy byłem pana wrogiem. Absolutnie nic czuję się teraz gorszy.
— Naturalnie — Muł wykrzywił usta w uśmiechu. — Trudno oczekiwać, żeby twój sąd w tej sprawie był obiektywny. Otóż ten Channis jest ambitny, ale nie chodzi mu o to, żeby się wykazać — on dba tylko o siebie. Jest całkowicie godny zaufania, ale nie dlatego, że jest lojalny wobec mnie, lecz dlatego, że obchodzi go tylko jego własny interes. On dobrze wie, że jego pomyślność zależy od moich sukcesów i zrobi wszystko, żeby umocnić moją władzę, bo dzięki temu sam zyska. Jeśli poleci z tobą, to będzie go zachęcała do wytrwałych poszukiwań ta właśnie dbałość o własny interes.
