
Właśnie z tego powodu wynalezienie Projektora spowodowało niemal przewrót w podróżach międzygwiezdnych. Wcześniej obliczenie parametrów każdego skoku przez nadprzestrzeń zajmowało co najmniej dzień, a bywało, że i cały tydzień, przy czym większą część tego czasu pochłaniało mniej lub bardziej precyzyjne obliczenie pozycji statku względem pewnych punktów odniesienia w Galaktyce. W praktyce oznaczało to dokładną obserwację przynajmniej trzech, położonych w dużej odległości od siebie, gwiazd, których pozycje w odniesieniu do arbitralnie ustalonego galaktycznego potrójnego punktu zero były znane.
Właśnie to ostatnie słowo zawiera haczyk. Dla każdego, kto dobrze zna pole gwiezdne widziane z pewnego konkretnego miejsca w przestrzeni, poszczególne gwiazdy, zupełnie jak ludzie, mają cechy indywidualne. Wystarczy jednak przeskoczyć dziesięć parseków, żeby nie — potrafić rozpoznać nawet słońca ojczystego systemu. Zresztą może być ono nawet z tamtego miejsca niewidzialne.
Rozwiązaniem problemu była oczywiście analiza spektroskopowa. Przez wiele wieków głównym zadaniem techniki międzygwiezdnej była możliwie najbardziej szczegółowa analiza widma światła i ustalenie „sygnatur świetlnych” jak największej liczby gwiazd. W miarę postępu badań i doskonalenia metod samego skoku, który można było planować i wykonywać z coraz większą precyzją, wytyczano stałe szlaki podróży przez Galaktykę, dzięki czemu pilotowanie statku międzygwiezdnego stawało się w coraz mniejszym stopniu sztuką, a w coraz większym nauką.
Jednak mimo to nawet w czasach Fundacji, która wprowadziła do użytku udoskonalone maszyny liczące i opracowała nową metodę mechanicznego penetrowania pola gwiezdnego w poszukiwaniu znanej „sygnatury świetlnej”, zdarzało się nieraz, że znalezienie trzech gwiazd o znanych pozycjach i obliczenie położenia statku w rejonie, w którym pilot znalazł się po raz pierwszy, zajmowało wiele dni.
