– Uchylone.

– Pętał się tu kto?

– Nikt kompletnie. Winda przejechała raz, ale na wyższe piętro. Wedle brzęków wyszło mi, że na piąte.

Porucznik Henryk Piegża, czyli Henio, wszedł do wnętrza za kapitanem. Zachowywali się stosownie, niczego nie macali, obejrzeli cały lokal, stwierdzili obecność dwojga zwłok, dużej ilości gruzu w salonie i ogólnego bałaganu, po czym oddali teren we władanie techników z laboratorium. Lekarz chwilowo nie miał nic do roboty. Towarzyszący im sierżant udał się na poszukiwanie ciecia oraz ewentualnych świadków.

Po dwóch godzinach liczne odkrycia były już dokonane.

Denatka, stara, gruba i bardzo zaniedbana kobieta, padła od ciosu w głowę. Uderzenie było jedno, ale wykonane z takim rozmachem, że wystarczyło najzupełniej. Narzędzia nie musieli długo szukać, idealnie pasował większy z dwóch młotków, leżących w salonie.

Drugie zwłoki nastręczały kłopotów. Osobnik na kupie gruzu nie żył z całą pewnością, ale przyczyny jego zejścia były nie znane. Żadnych obrażeń zewnętrznych nie miał, lekarz wysunął przypuszczenie, że albo serce, albo apopleksja, ale wypowiedział się prywatnie, urzędowych stwierdzeń chwilowo odmawiając. Sprecyzował tylko czas zgonu. Obie ofiary wyniosły się z tego świata mniej więcej równocześnie, pi razy oko przed godziną. W kuchni, przerażająco brudnej i zagraconej, zabezpieczono dużą ilość naczyń z resztkami posiłków, w tym filiżanki po kawie i kieliszki po koniaku, robiące wrażenie najświeższych. Z butelki koniaku zdjęto odciski palców, z innych przedmiotów również. Na zainteresowanie kuchnią miała swój wpływ obecność osobnika, zwanego strasznym gówniarzem.

Straszny gówniarz był to niejaki Jacuś Szydłowicz, przynależny do grupy techników, młodzieniec wysoce utalentowany i prawie równie zarozumiały. Zarozumiałość miała uzasadnienie, co nie przeszkadzało, że była w najwyższym stopniu irytująca. Spragniony wielkiej kariery Jacuś miał zwyczaj wyjawiać swoje opinie awansem, już w trakcie pracy, na oko, na nosa, możliwe, że na instynkt śledczo-techniczny, doprowadzając współpracowników do szału stuprocentową nieomylnością. Nie było jeszcze wypadku, żeby się jego pogląd nie sprawdził. Koledzy zgrzytali zębami, a Jacuś szatańsko chichotał.



13 из 187