– Ja też czekałem z zegarkiem w ręku – przyświadczył Janusz. – Wcale to nie była osiemnasta trzydzieści, tylko dziewiętnasta trzydzieści.

– Możliwe – zgodziłam się beztrosko. – A, oczywiście! Musiało być po dziewiętnastej, bo sklep na rogu Wałbrzyskiej był całkiem zamknięty i nawet stragany likwidowali. Maciek mnie odprowadzał, z psem wyszedł, może zaświadczyć, że cały czas siedzieliśmy w domu. A, właśnie! Chyba zadzwonię do niego, bo mogłam mu przecież oddać to rąbnięte złoto, żeby sam schował. Do licha, nie moglibyście pojechać do niego od razu? On się zgodzi na przeszukanie, z dwoma synami mieszka, jeden wrócił do domu w czasie mojej wizyty, też zaświadczy, czy ojciec gdzieś latał, czy nie. Jak nie latał, nie ma siły, chłam trzyma w mieszkaniu. Nie, zaraz…

Na poczekaniu wprowadziłam poprawki, żadnego z nich nie dopuszczając do głosu. Henio wyśle tam kogoś, załatwi telefonicznie, ja dzwonić nie będę, żeby nie było, że Maćka ostrzegłam, wysłany zażąda na wstępie, żeby Maciek zadzwonił do mnie, wyjaśnię, co trzeba, poszukają i będzie z głowy. O zbrodni Maciek wie, bo mu opowiedziałam.

Zastanowiwszy się widocznie w trakcie mojego gadania, Henio zapalił się do pomysłu. Oczyszczenie bóstwa z podejrzeń bez wątpienia stanowiło potrzebę jego duszy.

Po godzinie Maciek definitywnie odpadł ze sprawy. Złoto u niego znaleziono w postaci obrączki ślubnej, noszonej na palcu, a świadków na przebywanie cały czas w domu przez przypadek miał licznych, bo w minutę po mnie wrócił także jego starszy syn z dwoma kumplami. Jedyną dostępną kryjówkę stanowił śmietnik, obok którego przechodził wracając z psem, a tego syna z kumplami spotkał po drodze. Maciek zatem nie, jako wspólnik dał się wykluczyć.



20 из 187