
– Mimo wszystko masz lukę – stwierdził niemiłosiernie Janusz. – Każdy przejazd to jest jakaś odrobina czasu mniej albo więcej, mogłaś docisnąć i zyskać parę minut. Znam Tyrana i jego obsesje. Zostaniesz podejrzana do końca.
– Nie dla mnie – zastrzegł się Henio szlachetnie i na dowód wyjawił nam dodatkowe tajemnice śledztwa.
Lokal będący terenem zbrodni w pewnym stopniu przeszukano. Sugestie Jacusia na pierwszym miejscu postawiły kuchnię, przypadek zaś od razu potwierdził ich słuszność. Policyjny fotograf, usiłując obrócić siebie i statyw w ciasnocie wśród okropnych gratów, zrzucił doniczkę z ziemią i zaschniętymi resztkami jakiejś rośliny. Doniczka rąbnęła w terrakotową posadzkę, pękła, ziemia się z niej wysypała, a razem z ziemią wypadł mały pakunek. Zawartość pakunku okazała się wysoce interesująca, składały się na nią cenne precjoza, pierścionki, bransoletki, naszyjniki, wisior i kolczyki, wszystko złote, gęsto przyozdobione kamieniami bardzo szlachetnymi. Głównie były to brylanty. Jacuś osobiście pogrzebał w starej pralce marki „Frania” i wyciągnął z niej gruby, zniszczony portfel, wypchany dolarami.
– Rabunek to tu nie nastąpił – oznajmił z uciechą, ale tego odkrycia dokonali wszyscy, więc chwały mu nie przyczyniło.
Aczkolwiek tożsamość denatki została potwierdzona przez ciecia, to jednak odnalezienie jej dokumentów było niezbędne. Jacuś upierał się, że powinny być w kuchni, dusza mu tak mówiła. Logicznie zacząwszy od damskiej torebki i biurka w salonie, poddano się w końcu jego naciskom, torebka bowiem zawierała w sobie portmonetkę, klucze, jakieś lekarstwa i rozmaite śmieci, w biurku zaś znajdowały się głównie olbrzymie ilości starych rachunków, pokwitowań, kopert i zżółkłych papeterii, a oprócz nich klamki, rozgałęziacze, żarówki, kawałki materiałów tekstylnych, strzępy różnych skór, jakieś łańcuchy, jakby od żyrandola, oraz opakowany w gazety komplet deserowych talerzyków z prawdziwej, zabytkowej, miśnieńskiej porcelany.
