
— Po pierwsze zrób to co ci powiem. Muszę się upewnić.
Posłuszny instrukcjom Arnolda, Gregor rozpakował aparaturę do badań chemicznych. Porozkładał różne probówki, retorty i chemikalia. Mieszał potrząsał, dodawał i odejmował według wskazówek i w końcu podgrzał otrzymaną mieszankę.
— No już, — powiedział podchodząc z powrotem do nadajnika, — wytłumacz mi co się dzieje.
— Posłuchaj. Poszukałem w słowniku słowa „TgaskliY”. To po opaliańsku. Oznacza „ducha o wielu zębach”. Czciciele słońca byli z Opalu. Czy już coś rozumiesz?
— Zostali zabici przez rodzimego ducha, odparł burkliwie Gregor — Musiał się ukryć w ich statku. Pewnie jakaś klątwa…
— Uspokój się, — powiał Arnold. — Duchy nic nie mają z tym wspólnego. Czy roztwór się gotuje?
— Nie
— Powiedz mi jak się zagotuje. A teraz wróćmy do sprawy twojego ożywionego ubrania. Czy to ci czegoś nie przypomina?
Gregor zastanowił się.
— Cóż, kiedy byłem dzieckiem — nie, to bez sensu.
— No powiedz, nalegał Arnold.
— Kiedy byłem mały, nigdy nie zostawiałem ubrania na krześle. W ciemności zawsze wyglądało jak człowiek albo smok czy coś w tym rodzaju. Myślę, że każdemu się to zdarzyło. Ale to nie wyjaśnia…
— Oczywiście, że wyjaśnia! Czy już sobie przypomniałeś Szkartatno-purpurowego Pożeracza?
— Nie. Dlaczego?
— Bo to ty go wymyśliłeś! Pamiętasz? Mieliśmy wtedy po osiem czy dziewięć lat, ty ja i Jimmy Flynn. Wymyśliliśmy najstraszniejszego potwora — to był nasz własny potwór i chciał pożreć tylko albo ciebie, albo mnie, albo Jimmiego — polanych czekoladowym sosem. Ale tylko pierwszego każdego miesiąca. Żeby się go pozbyć, trzeba było wymówić zaklęcie.
Teraz Gregor przypomniał sobie i dziwił się jak mógł o tym zapomnieć. Ileż to nocy przesiedział skulony, przerażony czekając na Pożeracza?
— Czy roztwór się gotuje?, zapytał Arnold.
